Poziomy Rozwoju Według Kena Wilberta…..
Badania Nad Rozwojem Człowieka (The Atman Project)….
Badania Nad Rozwojem Społeczności (Up From Eden)…………..
Początek Wędrówki Na Drodze Do Jedności Naszej Istoty……………

Rozwój człowieka to poszerzanie horyzontów i wyznaczanie nowych granic….., to wędrówka po kolejnych poziomach spektrum świadomości według Kena Wilberta….., w miarę wewnętrznej potrzeby aż do pierwotnego źródła. Różne systemy religijne i duchowe starają się zrozumieć różne poziomy świadomości tej samej osoby w oparciu o wyznawane przez siebie dogmaty. W gruncie rzeczy wszyscy oni, w mniejszym lub większym stopniu mają racje. Jednak ich racja tyczy się tylko bardzo wąskiego zakresu, uwzględniającego ich indywidualny sposób postrzegania rzeczywistości. Istnieje dziś tak wielka liczba metod przezwyciężania wewnętrznych konfliktów, od psychoanalizy po zen, od psychologii postaci po medytację transcendentalną, od egzystencjalizmu po hinduizm, że osoba pragnąca zwrócić się po pomoc i poradę staje przed osobistym problemem, którą drogę wybrać. Tym bardziej, że wszystkie te systemy światopoglądowe wydają się być wzajemnie sprzeczne.

Wszelkie zmagania człowieka konflikty, lęki, cierpienia i rozpacz i ból są spowodowane granicami,które sami sobie narzucamy, a które wymykają się naszemu ich pojmowaniu. Nasze doświadczenie przecina wiele takich granic. Każdy rodzaj terapii usiłuje zlikwidować jakąś konkretną granicę, usunąć jakiś konkretny podział, zajmując się jednak wąskim przedziałem naszej świadomości, a nie całości.Ken Wilber dokonał syntezy tej zdumiewająco różnorodnej poglądów. Wszystkie postawy wobec terapii, uzdrowienia i osobistego rozwoju ujął w jedną strukturę zwaną spektrum świadomości. Jednym z zasadniczych pojęć w rozumieniu świata jest pojęcie ewolucji i rozwoju. To właśnie badania nad rozwojem człowieka (The Atman Project) oraz rozwojem społeczności (Up From Eden) doprowadziły do sformułowania projektu AQAL ( z ang. All Quadrants All Levels – model rzeczywistości ). W badaniach nad rozwojem Wilber jest orędownikiem psychologii integralnej będącej połączeniem behawioryzmu, psychoanalizy oraz psychologii humanistycznej i transpersonalnej. Każda z nich, wg. Wilbera, bada ważny fragment ludzkiego doświadczenia, ale każda z nich robi to w sposób niepełny, bo ograniczony do jednej perspektywy, z której widzi człowieka. Żadnej zatem nie można gloryfikować, ale też żadnej nie wolno pomijać. Ważnym elementem w Jego teorii jest jasne rozgraniczenie poziomów rozwoju, o których mówimy. Zdecydowanie zaprzecza on poglądowi, jakoby istniały tylko dwa takie poziomy – pozaracjonalny i racjonalny do którego wszyscy zmierzamy. Uważa, że istnieje też trzeci, z punktu widzenia rozwoju, najważniejszy – poziom trans-racjonalny.

Ken Wilber spojrzał na umysł człowieka w ten sposób, że oprócz istotnej roli podświadomości,dopełniającej naszą świadomość logiczną, istotna rolę pełni także duchowość, czyli obszary trans-racjonalne (nad świadome, duchowe, trans-persolnane – przekraczające egotyczną sferę osobowości). Takie rozróżnienie pomaga bardziej precyzyjnie rozumieć zjawiska duchowe i społeczne. Ken Wilbert prezentuje integralne modele świadomości, psychologii i terapii, tworzy nowy bardziej przejrzysty model psychologiczny, który obejmuje fale i strumienie rozwoju naszej istoty oraz jej stany świadomości ukazując drogę od podświadomości przez świadomość do nad-świadomości. Swoim głębokim wglądem ogarnia spojrzeniem całą historię psychologii. Według niego ludzka osobowość jako całość stanowi wielopoziomowy przejaw jednej świadomości, rozbija się w świecie materii na specyficzne spektrum niczym nie różniące się od spektrum światła przechodzącego przez pryzmat. Nasza rola w świecie materii jest powrócić do pierwotnego źródła i zjednoczyć swoją esencje ponownie w jedną najwyższa jakość, bogatszą jednak o nowe doświadczenia zdobyte na tej drodze. Jednak przed przebudzeniem prawdziwa natura naszej Jaźni cechuje się życiem w świecie iluzji i fałszywej rzeczywistości. Każdy poziom rozwoju charakteryzuje się specyficznymi dla niego złudzeniami, z którymi musimy się uporać, by zbliżyć się do osobistej jedności. Jak zwraca uwagę Ken Wilber, wszelkie możliwe poziomy rozwoju zostały wnikliwie zbadane przez rozmaite psychologiczne szkoły Wschodu i Zachodu, które proponują różne wartościowe podejścia i użyteczne formy rozwoju, aby radzić sobie z problemami pojawiającymi się na poszczególnych poziomach. Jednak dopiero gdy widzi się te poziomy całościowo, można dostrzec prawdziwą naturę istnienia i pojąć pozorne sprzeczności pomiędzy poszczególnymi poziomami…… 

 


Poziom Pierwszy….
Persona – Cień…..
Według Kena Wilberta…..
Początek Wędrówki Na Drodze Do Scalenia Naszej Istoty……

Wędrówka, zmierzająca ku odkryciu własnego ja, rozpoczyna się z chwilą, gdy poczujesz się świadomie niezadowolony z życia.  Wbrew opinii większości fachowców dotkliwe niezadowolenie z życia nie jest oznaką choroby psychicznej, braku przystosowania społecznego czy zaburzeń osobowości.  W odczuciu tym kryje się bowiem zawiązek rozumienia, szczególnego rozumienia, które zwykle tkwi głęboko ukryte pod nawarstwieniami społecznych konwenansów.  Osoba, która zaczyna odczuwać życie jako cierpienie, jednocześnie rozbudza się ku głębszej, prawdziwszej rzeczywistości.  Cierpienie rozbija bowiem w drobny mak nasze dogodne fikcje, dotyczące rzeczywistości, i zmusza nas, byśmy żyli inaczej — byśmy staranniej patrzyli, głębiej odczuwali, poznawali siebie i nasze światy metodami, których wcześniej unikaliśmy. Ktoś powiedział, jak sądzę słusznie, że cierpienie jest największą łaską. W pewnym sensie cierpienie jest właściwie powodem do radości, ponieważ wyznacza początek twórczej wędrówki ku odkryciu swego ja.Ale tylko w szczególnym sensie. Niektórzy ludzie przywiązują się do swego cierpienia jak matka do dziecka i noszą je ze sobą jak brzemię, którego nie śmią się pozbyć. Nie przeciwstawiają cierpieniu świadomości, lecz wczepiają się w nie pazurami, masochistycznie hołubiąc sekretne rozkosze samoudręczenia. Cierpienia nie wolno unikać, usuwać ze świadomości czy brzydzić się nim, lecz nie należy go również gloryfikować ani napawać się jego dramatyzmem. Pojawienie się cierpienia jest nie tyle dobrem, ile dobrą wróżbą, sygnałem, że zaczynasz zdawać sobie sprawę, iż życie poza świadomością jedyną oznacza ból, smutek i żałość. Życie podzielone to życie w nieustannej walce, lęku i bólu — życie, zmierzające nieuchronnie ku śmierci. Tylko za cenę przeróżnych otępiających rekompensat, rozrywek i przelotnych przyjemności godzimy się nie kwestionować naszych złudnych granic, siły napędzającej kołowrót cierpienia. Jednak prędzej czy później, jeżeli pozostanie w nas choćby ślad wrażliwości, rekompensaty, które odgradzają nas od prawdy, utracą swe uśmierzające działanie. Kiedy to się stanie, zaczniemy odczuwać cierpienie, ponieważ nasza świadomość skieruje się ku pełnej konfliktów naturze naszych fałszywych granic i podzielonego życia, jakie na nich zbudowaliśmy. Cierpienie jest zatem pierwotnym impulsem ku uznaniu fałszywości granic. Jeżeli się je dobrze rozumie, posiada działanie wyzwalające, ponieważ popycha ku przekroczeniu granic. Cierpimy zatem nie dlatego, że jesteśmy chorzy, lecz dlatego, że pojawia się przebłysk prawdy. Aby tego przebłysku nie zmarnować, konieczne jest jednak właściwe zrozumienie cierpienia. Musimy poprawnie zinterpretować cierpienie, aby się w nim pogrążyć, żyć w nim iostatecznie się od niego wyzwolić. Jeżeli zaś błędnie zrozumiemy cierpienie, utkwimy w nim na zawsze — będziemy pławili się w cierpieniu, nie widząc innego wyjścia.Przez całą historię ludzkości rozmaici szamani, kapłani, mędrcy, mistycy, święci, psycholodzy i psychiatrzy starali się pokazać takie sposoby życia w cierpieniu, które pozwalają ostatecznie wznieść się ponad cierpienie. Przekazywali ludziom wiedzę na temat cierpienia, aby je właściwie zrozumieli i umieli się z niego wyswobodzić. Wiedza oferowana przez rozmaitych lekarzy duszy nie zawsze była jednak taka sama.W istocie wiele z tych mądrości wzajemnie się wyklucza. Starożytni lekarze duszy radzili nawiązać kontakt z Bogiem. Współcześni lekarze duszy proponują więź z podświadomością. Bardziej awangardowi znachorzy każą powrócić do swego ciała, jasnowidze radzą wznieść się ponad ciało. W naszych czasach pomiędzy lekarzami duszy panuje bodaj największa niezgoda w całej historii ludzkości, skutkiem czego jesteśmy sparaliżowani w naszym cierpieniu, nie wiemy, jak je rozumieć, nie wiemy nawet, do kogo się w tej sprawie zwrócić. A kiedy tak tkwimy zamarli w cierpieniu, nie potrafimy głębiej wniknąć w prawdziwą rzeczywistość. Nie potrafimy pogrążyć się w cierpieniu świadomie, tak aby zawarta w nim mądrość nas wyzwoliła.Cierpienie nie może zaowocować, jeżeli nie wiemy, co ono oznacza, jeżeli nie wiemy, dlaczego zaistniało. A nie wiemy, co ono oznacza, ponieważ nie mamy lekarza duszy, któremu moglibyśmy prawdziwie i bez reszty zaufać. Był czas, kiedy z niewinną wiarą szukaliśmy porady u kapłana, mędrca lub szamana i kierowaliśmy naszą świadomość ku Bogu. W ostatnim stuleciu kapłana w dużej mierze wyparł jednak psychiatra, jako autorytet, ku któremu można się zwrócić w potrzebie duszy, ten zaś nowy kapłan skierował naszą świadomość ku aspektom naszej własnej psyche. Dziś jednak zaufanie do psychiatrów jako lekarzy duszy stopniowo maleje. Powstają nowocześniejsze, skuteczniejsze, bardziej wyzwalające terapie. Nowi lekarze duszy, którzy wychodzą z takich ośrodków rozwoju, jak Esalen czy Oasis, zrewolucjonizowali znaczenie terapii, kierując naszą świadomość ku całemu organizmowi, a nie tylko ku ubezcieleśnionej psyche. Na naszych oczach rodzi się też transpersonalny lekarz duszy, który kieruje naszą świadomość bezpośrednio ku świadomości ponadjednostkowej. Komu jednak wierzyć, skoro lekarze ci, niestety, nie zgadzają się ze sobą? Największa trudność w tej ogólnej kwestii: „kto ma rację?” polega na tym, że zarówno laicy, jak i fachowcy uparcie zakładają, że ci wszyscy lekarze duszy podchodzą do człowieka z różnych punktów widzenia. Tymczasem tak nie jest. Lekarze ci podchodzą z różnych punktów widzenia do różnych p o z i o m ó w ludzkiej świadomości. Nie ma dziś lekarzy duszy, którym moglibyśmy w pełni zaufać, ponieważ wyobrażamy sobie, że wszyscy mówią o tym samym poziomie naszej świadomości, a skoro tak, to bez wątpienia wzajemnie sobie zaprzeczają w najważniejszych kwestiach. Jednakże kiedy zdamy sobie sprawę z wielopoziomowości ludzkiej świadomości, kiedy zrozumiemy, że jesteśmy istotami wielowarstwowymi, przekonamy się, że te rozmaite terapie w tak wielkim stopniu różnią się od siebie właśnie dlatego, że są ukierunkowane na różne warstwy duszy. Kiedy zaś zrozumiemy, że opinie lekarzy duszy niekoniecznie są sprzeczne, tylko dotyczą różnych poziomów, być może zechcemy uważniej wysłuchać, co każdy z nich ma do powiedzenia na temat poziomu, którym się zajmuje. Może się okazać, że nasze cierpienie rozgrywa się właśnie na tym poziomie, a wtedy lekarz przypuszczalnie pomoże nam zrozumieć jego znaczenie, znosić je świadomie, a następnie je przekroczyć.Kiedy zyskamy ogólną znajomość spektrum świadomości, poszczególnych warstw naszej istoty, łatwiej nam przyjdzie dostrzec, na którym poziomie obecnie żyjemy i na którym poziomie rodzi się nasze ewentualne cierpienie. Dzięki temu będziemy mogli dobrać lekarza i metodę odpowiednią dla naszego cierpienia i przestaniemy tkwić w nim jak sparaliżowani. Aby to osiągnąć, w następnych rozdziałach zajmiemy się najważniejszymi poziomami spektrum. Przyjrzymy się możliwościom, radościom i wartościom, zawartym w każdym poziomie, a szczególnie zrodzonym z poszczególnych poziomów problemom, bolączkom i symptomom. Zajmiemy się również najważniejszymi terapiami, które stworzono, aby zaradzić cierpieniom typowym dla poszczególnych poziomów. Mam nadzieję, że powstanie w ten sposób czytelna mapa głębin świadomości, która umożliwi czytelnikowi poruszanie się po labiryncie jego własnych granic. Będziemy zmierzać od góry do dołu spektrum świadomości. Ten ruch zstępujący można opisywać jako harmonizowanie sprzeczności, poszerzanie świadomości czy rozbijanie kompleksów, jednak przede wszystkim jest to usuwanie granic, scalanie podzielonego. Przekonaliśmy się, że za każdym razem, gdy powstaje nowa granica, zawężamy, krępujemy i zacieśniamy poczucie naszego ja: nasza tożsamość, początkowo ogarniająca cały wszechświat, później zawiera w sobie kolejno tylko organizm, ego i personę. Mówiąc przenośnie, ja coraz bardziej ubywa, nie-ja zaś coraz bardziej przybywa. Z powstaniem każdej nowej granicy jakiś aspekt jaźni ulega projekcji, skutkiem czego wydaje się zewnętrzny i obcy. Zbudować granicę to dokonać projekcji — jakiś aspekt jaźni jest teraz postrzegany jako nie-ja. Analogicznie — odwrócenie mechanizmu projekcji, czyli introjekcja, polega na usunięciu granicy. Kiedy zdajesz sobie sprawę, że pozornie zewnętrzna projekcja jest w istocie odbiciem ciebie samego, usuwasz tę konkretną granicę pomiędzy ja i nie-ja. Pole twojej świadomości staje się rozleglejsze, bardziej otwarte i wolne, mniej podzielone. Prawdziwie się zaprzyjaźnić, a ostatecznie całkowicie się zjednoczyć z dawnym wrogiem to to samo, co zlikwidować linię frontu i poszerzyć terytorium, na którym możesz się swobodnie poruszać. Uległe projekcji aspekty nie będą już dla ciebie zagrożeniem, ponieważ są t o b ą . Zstąpienie w dół spektrum polega zatem na introjekcji, dokonanej poprzez usunięcie granicy. Odbywa się to z każdym krokiem po drabinie świadomości. Większość kwestii, dotyczących granic, projekcji, introjekcji i konfliktu przeciwieństw, stanie się jaśniejsza, gdy przejdziemy do konkretnych przykładów. Ten rozdział poświęcony będzie pojęciom persony i cienia, jak również środkom, które pomagają zejść z poziomu persony na poziom ego. W następnym rozdziale zajmiemy się schodzeniem do poziomu centaura, potem do świadomości transpersonalnej i wreszcie do świadomości jedynej.

W każdym z tych rozdziałów stawiam sobie przede wszystkim praktyczne cele:

1) umożliwić czytelnikowi zrozumienie poszczególnych poziomów;

2) pozwolić mu empirycznie zaznać każdego z poziomów.

3) ogólnie przedstawić stosowane dziś rodzaje terapii, ukierunkowane na dany poziom.

Rozdziały te nie służą temu, by się na dłużej zadomowić na jakimś konkretnym poziomie, lecz tylko z grubsza się zapoznać z obowiązującymi na tym poziomie terapiami. Dłuższe przebywanie na którymś z głębszych poziomów świadomości wymaga wiele pracy i nauki, w związku z czym na końcu każdego rozdziału podaję zalecaną bibliografię i listę terapii, ukierunkowanych na dany poziom.Zacznijmy od poziomu persony, na którym uwięziona jest większość ludzi. Persona to w mniejszym lub większym stopniu zniekształcony i zubożały autowizerunek. Persona powstaje wtedy, gdy jednostka usiłuje zaprzeczyć istnieniu pewnych swoich cech i impulsów, takich jak złość, upór, popęd płciowy, radość, wrogość, odwaga, agresja, ambicja, ciekawość itp. Wypieranie się tych cech i impulsów nie powoduje jednak ich zaniku. Ponieważ są one realne, jednostka może tylko udawać, że przynależą do kogoś innego. A zatem koniec końców jednostka nie zaprzecza istnieniu tych cech i impulsów, a tylko przenosi tytuł własności na kogo innego. Zaczyna wierzyć, że są obce, zewnętrzne, znajdują się poza ja. Zawężyła swe granice, tak aby usunąć na zewnątrz nie chciane cechy i skłonności. Projektowane, wyalienowane skłonności tworzą cień, jednostka zaś utożsamia się z tym, co pozostało: zawężonym, zubożałym i zniekształconym autowizerunkiem, czyli personą. Powstała nowa granica i rozgorzała nowa wojna przeciwieństw: persony i jej własnego cienia. Proces projekcji cienia łatwo pojąć, lecz trudno odtworzyć, ponieważ zniszczylibyśmy wtedy niektóre z naszych najcenniejszych złudzeń.

Prześledzimy ten proces na następującym przykładzie.

Jan bardzo chce posprzątać garaż, w którym panuje rozpaczliwy bałagan. Z zamiarem tym nosi się już od jakiegoś czasu. Wreszcie uznaje, że nadszedł znakomity moment. Wskakuje w stare robocze ubranie i z umiarkowanym entuzjazmem udaje się do garażu. W tej fazie Jan posiada silny kontakt ze swym popędem, ponieważ mimo że wie, iż konieczny będzie spory wysiłek, posprzątanie garażu jest zdecydowanie czymś, co chce zrobić. To prawda, że jakaś jego cząstka nie ma ochoty babrać się w tych wszystkich śmieciach, ważne jest jednak, że pragnienie posprzątania garażu przewyższa pragnienie zaniechania tej czynności, gdyż w przeciwnym razie Jan by się do tego nie zabrał.Jednak gdy Jan wchodzi do garażu i jego oczom ukazuje się nieprawdopodobne pobojowisko, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Jan zaczyna mieć wątpliwości. Nie wraca jednak do domu. Kręci się po garażu, przegląda stare czasopisma, bawi się starą rękawicą do baseballu, snuje marzenia. W tej fazie Jan zaczyna tracić kontakt ze swym popędem. Ważne jest jednak, że pragnienie posprzątania garażu nie zanikło, bo w przeciwnym razie Jan wróciłby do domu. Pragnienie posprzątania garażu jest nadal silniejsze niż pragnienie, by dać sobie z tym spokój. Jan zaczyna jednak zapominać o swym własnym popędzie, zaczyna się alienacja i projekcja popędu.Projekcja popędu przebiega w następujący sposób: pragnienie Jana, by posprzątać garaż, jest, jak widzieliśmy, nadal obecne. Jest nadal aktywne i domaga się, by zwrócić na nie uwagę, podobnie jak na przykład głód będzie się domagał, byś zaspokoił swój popęd zjedzenia czegoś. Ponieważ popęd posprzątania garażu jest nadal obecny i aktywny, Jan wie pół-świadomie, że ktoś chce od niego, by posprzątał garaż. Z tego właśnie powodu Jan kręci się po garażu, zamiast wrócić do domu. Wie, że ktoś chce od niego, aby posprzątał garaż. Problem polega na tym, że zapomniał, kto to jest. Całe przedsięwzięcie zaczyna go więc złościć i w miarę upływu czasu Jan staje się coraz bardziej niezadowolony ze swej sytuacji. Wszystko, czego mu teraz potrzeba, aby dokończyć projekcji — czyli zupełnie zapomnieć o swym własnym popędzie posprzątania garażu — to odpowiedni kandydat, na którego mógłby przenieść swój popęd. Ponieważ wie, że ktoś domaga się od niego posprzątania garażu, co doprowadza go do szału, ma wielką ochotę zidentyfikować tę osobę.Na scenie pojawia się niczego nie podejrzewająca ofiara: koło garażu przypadkiem przechodzi żona Jana, zagląda do środka i najzwyczajniej w świecie pyta, czy już skończył. W umiarkowanym napadzie wściekłości Jan odpowiada, żeby „odczepiła się od niego!” Teraz bowiem czuje, że to nie on, lecz jego żona chce, by posprzątał garaż. Projekcja jest zupełna, ponieważ popęd Jana pochodzi teraz z zewnątrz. Jan rzutował swój popęd, cisnął za mur, skąd popęd go atakuje.Jan zaczyna przeto odczuwać, że żona wywiera na niego p r e s j ę . Tymczasem presja pochodzi od jego własnego, rzutowanego popędu, przeniesionego pragnienia, by posprzątać garaż. Jan może wrzasnąć na żonę, że nie ma ochoty sprzątać tego idiotycznego garażu i żeby przestała go wreszcie dręczyć i ponaglać. Lecz gdyby Jan naprawdę nie chciał posprzątać garażu, gdyby ten popęd naprawdę był mu obcy, odpowiedziałby po prostu, że zmienił zdanie i posprząta kiedy indziej. Nie odpowiedział jednak w ten sposób, ponieważ półświadomie wiedział, że ktoś naprawdę chce, żeby garaż został posprzątany, a skoro to nie on, to na pewno ktoś inny. Odpowiednim kandydatem jest oczywiście żona. Gdy pojawia się na horyzoncie, Jan projektuje na nią swój popęd.Reasumując, Jan rzutował swój popęd i zaczął go doświadczać jako popędu zewnętrznego, nie pochodzącego z niego samego. Popęd zewnętrzny można określić mianem presji. Za każdym razem, gdy dokonamy projekcji jakiegoś popędu, czujemy presję, czujemy, jak nasz własny popęd zwraca się ku nam od zewnątrz. Co więcej — w tym miejscu większość ludzi mruga z niedowierzaniem oczami — k a ż d a  presja jest skutkiem projekcji popędu. W powyższym przykładzie zwróć uwagę na fakt, że gdyby Jan nie posiadał popędu posprzątania garażu, nie odczułby żadnej presji ze strony żony. Całą sytuację potraktowałby zupełnie spokojnie i odpowiedziałby, że dziś nie ma ochoty tego robić albo że zmienił zamiar. Tymczasem czuł się poddany presji! W istocie jednak presji nie wywierała żona, lecz jegowłasny popęd. Bez popędu nie ma presji. Każda presja jest w gruncie rzeczy rzutowanym popędem osoby, która odczuwa presję.Załóżmy jednak, że po wejściu do garażu żona Jana rzeczywiście zażąda, żeby Jan nie odkładał sprzątania na inny dzień. Czyż sytuacja nie zmieni się radykalnie? Czy odczuwana przez Jana presja nie będzie rzeczywiście pochodzić od żony? W istocie jednak sytuacja wcale nie ulegnie zmianie, prócz tego, że Janowi znacznie łatwiej będzie dokonać projekcji. Ponieważ żona okazuje identyczny popęd, co Jan, jest dla niego wprost wymarzoną ofiarą, co nie zmienia faktu, że rzutowany popęd pozostaje jego własnym. Gdyby sam nie posiadał popędu i nie potrzebował go rzutować, nie wystąpiłoby odczucie presji. Być może żona rzeczy wiście naciska, aby coś zrobił, ale Jan odczuje presję tylko wtedy, gdy sam też będzie chciał to zrobić, a później dokona projekcji tego pragnienia. Jego odczucia są bowiem zawsze tylko jego własne.Terapeuci tego poziomu świadomości zasugerują więc, że pacjent, który nieustannie odczuwa presję, po prostu ma więcej popędu i energii niż sądzi. Gdyby nie miał popędu, niczym by się nie przejmował. A zatem odczuwając jakiegoś rodzaju presję — ze strony szefa, małżonka, nauczycieli, znajomych, współpracowników, dzieci — dojrzała osoba umie wykorzystać te odczucia jako sygnał, że tkwi w niej jakaś energia i popęd, którego jest w danej chwili nieświadoma. Osoba ta nauczyła się przekładać zdanie: „Czuję presję” na: „Posiadam więcej energii niż sądziłem”. Zdawszy sobie sprawę, że wszelkie odczucia presji to tylko jej własne, nie uświadomione popędy, może od nowa zdecydować, czy te popędy zrealizować, czy też odłożyć ich realizację na później. Tak czy tak dojrzała osoba wie, że są to jej własne popędy.Podstawowy mechanizm projekcji jest zatem dość prosty. Impuls (taki jak popęd, złość lub pragnienie), który rodzi się wewnątrz ciebie i jest naturalnie skierowany na zewnątrz, ku otoczeniu, uległszy projekcji, sprawia wrażenie impulsu pochodzącego z zewnątrz, z otoczenia, i skierowanego do wewnątrz, ku tobie. Jest to mechanizm bumerangu: maltretujesz się za pomocą swojej własnej energii. Przestajesz być motorem swego własnego działania. Przeniosłeś impuls na drugą stronę granicy pomiędzy ja i nie-ja, toteż atakuje cię on z zewnątrz, zamiast pomóc tobie zaatakować otoczenie.Widzimy zatem, że projekcja cienia posiada dwie istotne konsekwencje. Po pierwsze, czujesz, że jesteś całkowicie pozbawiony rzutowanego impulsu, cechy czy skłonności. Po drugie, one istnieją „na zewnątrz”, w otoczeniu, zazwyczaj u innych ludzi. Ja zostaje pomniejszone, nie-ja powiększone. Jednak choćby ten stan rzeczy nie był zbyt wygodny, projektująca osoba będzie zażarcie bronić swego błędnego obrazu rzeczywistości. Gdybyś podszedł do Jana, wrzeszczącego na swą Bogu ducha winną żonę, i powiedział mu, że jego odczucie presji i ponaglania to w istocie jego własny popęd, przypuszczalnie zostałbyś pobity. Projektująca jednostka za wszelką cenę pragnie bowiem dowieść, że jej wizja rzeczywistości jest słuszna.Większość ludzi odczuwa bardzo silny opór przed uznaniem swego cienia za własny, opór przed przyznaniem się do nie chcianych cech i impulsów. W istocie opór ten jest jedną z ważniejszych przyczyn projekcji. Człowiek stawia opór cieniowi, stawia opór nie chcianym aspektom siebie samego i dlatego je projektuje. W przypadku projekcji mamy więc zawsze do czynienia z oporem. Czasem opór jest umiarkowany, czasem gwałtowny. Jego działanie jest szczególnie oczywiste w najpowszechniejszej formie projekcji, czyli polowaniu na czarownice.Prawie każdy słyszał kiedyś lub sam uczestniczył w jakiejś formie polowania na czarownice. Te groteskowe imprezy ilustrują, jak katastrofalne mogą być skutki projekcji i nieuleczalnej ślepoty ludzi na własne słabości. Polowanie na czarownice w sposób najbardziej wyrazisty oddaje istotę projekcji, która polega na tym, że brzydzą nas u innych tylko i wyłącznie te cechy, które podświadomie budzą w nas odrazę u siebie samych.Polowanie na czarownice zaczyna się z chwilą, gdy ktoś traci z oczu jakąś swoją cechę lub skłonność, którą uważa za złą, diaboliczną, demoniczną, a przynajmniej naganną. Skłonność ta czy cecha może być w istocie zupełnie błaha —jakaś drobna ludzka przewrotność czy złośliwość. Każdy z nas ma swoją ciemną stronę. Ale „ciemna strona” nie znaczy „zła”: w każdym z nas tkwi coś mrocznego, lecz jeśli jesteśmy tego z grubsza świadomi iakceptujemy to, „mroki serca” dodają nawet życiu kolorytu. Zgodnie z tradycją hebrajską sam Bóg umieścił w sercach ludzi te przewrotne, łobuzerskie i szelmowskie skłonności, przypuszczalnie po to, aby nie umarli z nudów.Polujący na czarownice wierzy jednak, że w jego sercu nie kryją się żadne grzeszki. Przyjmuje osobliwą postawę jedynego sprawiedliwego. Prawda jest taka, że wbrew temu, w co sam wierzy i do czego chciałby przekonać innych, grzeszki istnieją, tyle że wyjątkowo go uwierają. Stawia im opór, usiłuje się ich wyprzeć, usunąć ze swego ja. Grzeszki jednak pozostają i nieustannie zwracają na siebie uwagę. Im bardziej grzeszki zwracają na siebie uwagę, tym większy osoba polująca na czarownice stawia im opór. Im większy stawia im opór, tym bardziej przybierają na sile. Wreszcie przychodzi moment, kiedy nie potrafi już ich więcej nie dostrzegać. Dostrzega je jednak na swój sposób — u innych ludzi. Wie, że w czyimś sercu kryją się grzeszki, ale ponieważ u siebie ich nie widzi, winien jest ktoś inny. Teraz wystarczy już tylko znaleźć tego kogoś, co staje się niezwykle istotnym zadaniem, ponieważ jeżeli polujący na czarownice nie znajdzie osoby, na którą będzie mógł rzutować cień, sam zostanie nim obarczony. W tej właśnie fazie swą kluczową rolę zaczyna odgrywać opór, ponieważ nienawiść i opór wobec własnego cienia zostają przeniesione na osobę, na którą dokonała się projekcja cienia.Polowanie na czarownice przybiera niekiedy przerażający wymiar: wystarczy wymienić nazistowskie prześladowania Żydów, procesy czarownic w Salem, działalność Ku-Klux-Klanu. Zwróć uwagę, że we wszystkich tych przypadkach prześladujący z barbarzyńską furią nienawidzi u prześladowanego dokładnie tych cech, które sam wykazuje. Z reguły polowanie na czarownice przybiera postać łagodniejszą — na przykład strachu przed „komuchem pod każdym łóżkiem”, właściwego epoce zimnej wojny. Niekiedy bywa komiczne: taką zabawną formą polowania na czarownice jest plotkarstwo, które więcej mówi o plotkującym niż o przedmiocie plotek. Są to jednak wszystko przykłady jednostek rozpaczliwie pragnących udowodnić, że ich własne cienie należą do innych ludzi.Wiele osób uwielbia wygłaszać tyrady o tym, jak bardzo obrzydliwi są homoseksualiści. Choćby we wszystkim innym byli zupełnie przyzwoici i racjonalni, na każdą wzmiankę o homoseksualistach dostają szału i w napadzie świętego oburzenia postulują odebranie gejom praw obywatelskich (lub jeszcze gorsze represje). Dlaczego tego rodzaju osoby nienawidzą homoseksualistów z taką pasją? Nie dlatego, że sami są homoseksualistami, lecz dlatego, że widzą w homoseksualiście to, czego podświadomie obawiają się u siebie. Bardzo im przeszkadzają naturalne, nieuniknione, lecz mało istotne skłonności homoseksualne, które występują u każdego człowieka, toteż usiłują je rzutować. Zaczynają więc nienawidzić skłonności homoseksualnych u innych ludzi — ale tylko dlatego, że najpierw nienawidzą ich u siebie.I oto zaczyna się polowanie na czarownice, w takiej czy innej formie. Nienawidzimy ludzi, bo są — w naszej opinii — brudni, głupi, zboczeni, niemoralni… Może mamy słuszność. A może nie. To, jacy naprawdę są, nie ma jednak najmniejszego znaczenia, ponieważ nienawiść powstaje tylko wtedy, gdy my sami nieświadomie posiadamy pogardzane cechy, które przypisujemy innym. Nienawidzimy ich, ponieważ nieustannie nam przypominają o aspektach nas samych, do których nie chcemy się przyznać.Zaczynamy tu dostrzegać ważny wyróżnik projekcji. Te elementy otoczenia (ludzie lub rzeczy), które posiadają dla nas silną zawartość emocjonalną, a nie tylko informacyjną, są zazwyczaj naszymi własnymi projekcjami. Te elementy, które nas martwią, niepokoją, odpychają lub też — przeciwnie — przyciągają, oczarowują, fascynują, są z reguły odbiciami cienia. Jest takie stare powiedzenie: patrzyłem na ciebie, ujrzałem siebie.Posiadając podstawowe zrozumienie cienia, możemy przystąpić do analizy innych typowych projekcji. A zatem, tak jak presja jest rzutowanym popędem, zobowiązanie jest rzutowanym pragnieniem. Innymi słowy, nie ustępujące poczucie zobowiązania jest sygnałem, że robisz coś, co pragniesz robić, tylko nie chcesz się do tego przyznać. Poczucie zobowiązania, wyrażające się słowami: „Robię to tylko ze względu na ciebie”, najczęściej powstaje w sytuacji rodzinnej. Rodzice czują się zobowiązani do opieki nad dziećmi, mąż czuje się zobowiązany zapewnić żonie utrzymanie, żona czuje się zobowiązana być posłuszną mężowi itd. Z czasem ludzie zaczynają odczuwać niechęć wobec zobowiązań, choćby inni odbierali je jako zupełnie nieuciążliwe. W miarę narastania tej niechęci jednostka przypuszczalnie powróci do polowania na czarownice, skutkiem czego mąż i żona wylądują u wiedźmy, potocznie zwanej specjalistą od poradnictwa małżeńskiego.Osoba, która odczuwa straszliwy ciężar zobowiązania, aby zrobić to czy tamto, w istocie po prostu rzutuje swe rzeczywiste pragnienie, by to zrobić. Nie chce się jednak do tego przyznać (stawia opór cieniowi). Mówi wszystkim coś wręcz przeciwnego: twierdzi, że czuje się zobowiązana, ponieważ tak naprawdę nie chce robić tego czy tamtego. To jednak nie może być do końca prawdą, ponieważ gdyby nie odczuwała żadnego pragnienia, by pomóc, nie odczuwałaby również żadnego zobowiązania. Chce pomóc innym, lecz rzutuje to pragnienie, po czym jej się wydaje, że to inni żądają od niej pomocy. A zatem zobowiązanie nie jest ciężarem żądań innych, lecz ciężarem naszej własnej życzliwości, do której nie chcemy się przyznać. Przyjrzyjmy się teraz innej powszechnej projekcji. Nie ma chyba nic bardziej przykrego niż gwałtowna trema, poczucie, że wszyscy na nas patrzą. Kiedy musimy wygłosić przemowę, zagrać w jakimś spektaklu czy odebrać nagrodę, jesteśmy sparaliżowani, ponieważ czujemy, że wszyscy na nas patrzą. A przecież wielu ludzi czuje się swobodnie, występując publicznie, z czego wynika, że problem nie kryje się w samej sytuacji, lecz w czymś, co my w tej sytuacji robimy. Cóż więc takiego robimy? Zdaniem wielu terapeutów projektujemy nasze własne zainteresowanie ludźmi, toteż wszyscy wydają się zainteresowani nami. Zamiast patrzeć na innych, czujemy, że oni na nas patrzą. Oddajemy nasze oczy publiczności, toteż jej naturalne zainteresowanie nami rozdyma się ponad wszelką miarę — czujemy się przygwożdżeni wzrokiem, jakby wszyscy obsesyjnie śledzili każdy nasz najdrobniejszy ruch i gest. Nic więc dziwnego, że jesteśmy sparaliżowani, co trwa dopóty, dopóki nie ośmielimy się dokonać introjekcji — zacząć patrzeć, zamiast udzielać naszych oczu innym.A teraz wyobraź sobie, że ktoś analogicznie projektuje trochę swej wrogości — swego pragnienia, by wyżyć się na otoczeniu. Poczuje wtedy, że bez żadnego powodu ludzie prowokują go i zachowują się wobec niego nieprzyjaźnie. Zacznie się czuć zaniepokojony, a może nawet przerażony ilością wrogiej energii, jaka się na nim zogniskowała. Będzie to jednak strach nie przed wrogością otoczenia, lecz przed własną wrogością, rzutowaną na otoczenie. A zatem nieuzasadniony strach przed ludźmi i miejscami jest zazwyczaj sygnałem, że dana osoba czuje gniew i wrogość, tylko że o tym nie wie.Podobnie jest z jedną z najczęstszych skarg zgłaszanych przez ludzi, którzy korzystają z poradnictwa emocjonalnego, a mianowicie poczuciem odrzucenia. Wydaje im się, że tak naprawdę nikt ich nie lubi, nikomu na nich nie zależy lub też wszyscy są wobec nich bardzo krytyczni. Uważają, że sami nie wykazują prawie żadnych skłonności do odrzucania innych. Starają się jak mogą, żeby okazać innym życzliwość i powstrzymać się od krytyki. Lecz takie są właśnie wyróżniające cechy projekcji: tobie brakuje jakiejś cechy, u wszystkich zaś innych pojawia się ona w nadmiarze. Osoba, która czuje się przez wszystkich odrzucona, w istocie jest zupełnie nieświadoma swych własnych skłonności do odrzucania i krytykowania innych. Skłonności te mogą być mało istotnym aspektem całej osobowości tej osoby, lecz jeżeli jest ich nieświadoma, będzie je projektować na każdego, kogo zna lub poznaje. To zaś potęguje pierwotny impuls, toteż świat nagle przybiera ponurą, krytyczną maskę.Rzecz w tym — dotyczy to zresztą wszystkich rodzajów projekcji — że niektórzy ludzie rzeczywiście mogą mieć do ciebie bardzo krytyczny stosunek. To jednak nie będzie dla ciebie stanowiło problemu, o ile nie uzupełnisz ich rzeczywistego krytycyzmu swoim własnym, rzutowanym. A zatem zawsze, kiedy masz silne poczucie niskiej wartości i odrzucenia, mądrze byłoby najpierw poszukać projekcji i przyznać, że jesteś trochę bardziej krytyczny wobec świata niż sądziłeś.Po tych wszystkich rozważaniach powinno być oczywiste, że projekcja cienia nie tylko zniekształca nasz obraz rzeczywistości zewnętrznej, ale także w dużym stopniu zmienia nasze wewnętrzne poczucie własnego ja. Kiedy projektuję jakąś cechę czy emocję jako cień, nadal ją postrzegam, lecz tylko w zniekształconej i złudnej postaci —jawi mi się jako „przedmiot zewnętrzny”. Na podobnej zasadzie nadal odczuwam cień, ale tylko w sposób zniekształcony i zakamuflowany — po projekcji cienia odczuwam go tylko jako symptom.A zatem, jak się właśnie przekonaliśmy, jeżeli dokonam projekcji mej wrogości na innych ludzi, odniosę wrażenie, że to oni żywią wrogie uczucia wobec mnie, i zacznę się lękać ludzi. Moja pierwotna wrogość stała się rzutowanym cieniem. Widzę ją zatem tylko u innych ludzi, a w sobie odczuwam ją tylko jako symptom lęku. Mój cień stał się symptomem mej choroby.Kiedy więc staram się pozbyć mego cienia, nie wyzwalam się od niego. Nie zostaję z próżnią, szczeliną czy pustą przestrzenią w obrębie mej osobowości. Zostaję z symptomem, bolesnym przypomnieniem, że nie uświadamiam sobie jakiegoś aspektu siebie samego. Co więcej, kiedy cień stanie się moim symptomem, będę walczył z symptomem, tak jak kiedyś walczyłem z cieniem. Kiedy próbuję się wyprzeć którejś z mych skłonności (cienia), skłonności te zjawiają się pod postacią symptomów, których nienawidzę równie serdecznie, jak kiedyś nienawidziłem cienia. Przypuszczalnie będę się nawet starał ukryć me symptomy (lęk, poczucie niższości, przygnębienie itp.) przed innymi ludźmi, tak jak kiedyś starałem się ukryć cień przed sobą samym.A zatem każdy symptom — przygnębienie, lęk czy nuda — zawiera pewien aspekt cienia, jakąś rzutowaną emocję czy cechę. Ważne jest, by zrozumieć, że naszym symptomom, choćby były bardzo dokuczliwe, nie należy stawiać oporu czy unikać ich, jako że w nich samych zawiera się klucz do ich unicestwienia. Walczyć z symptomem to walczyć z tkwiącym w symptomie cieniem, a przecież właśnie od tego zaczął się cały problem.Pierwszym krokiem w terapii na tym poziomie winno być zrobienie miejsca dla naszych symptomów, pozwolenie, by się rozwinęły, a nawet zawarcie przyjaźni z dokuczliwymi doznaniami o nazwie symptomów, których wcześniej nie mogliśmy ścierpieć. Musimy dotknąć naszych symptomów świadomie oraz z największą otwartością i akceptacją, na jaką nas stać.Oznacza to, że musimy dopuścić do siebie odczucia przygnębienia, lęku, odrzucenia, znudzenia, bólu czy wstydu. Zamiast —jak poprzednio — na wszelkie sposoby stawiać tym odczuciom opór, teraz po prostu pozwalamy im się ujawnić, a nawet czynnie je w sobie rozbudzamy. Zapraszamy symptom do naszego domu, pozwalamy mu się rozgościć, starając się jedynie zachować świadomość symptomu w jego prawdziwej formie. Taki jest pierwszy krok w terapii, a w wielu przypadkach niczego więcej nie potrzeba, ponieważ z chwilą, gdy prawdziwie zaakceptujemy symptom, przyjmiemy także znaczną część ukrytego w symptomie cienia. Problem zazwyczaj znika.Jeżeli jednak symptom trwa uporczywie, w terapii na poziomie persony przechodzimy do drugiego kroku. Zalecenia są proste, lecz ich wykonanie wymaga czasu i wytrwałości. W ramach długiego kroku dokonujemy świadomego przekładu symptomów z powrotem na ich pierwotną formę. Pomocne mogą być zwroty i wyrażenia podane w tabeli 1 i zalecanym piśmiennictwie. Drugi krok zasadza się na tym, by zdać sobie sprawę, iż każdy symptom jest jedynie sygnałem (lub symbolem) jakiejś nieświadomej skłonności, należącej do cienia. Możesz na przykład odczuwać, że jesteś poddawany silnej presji w miejscu pracy. Jak już widzieliśmy, symptom presji jest zawsze wskazówką, sygnałem, że wkładasz w swą pracę więcej zaangażowania (popędu) niż sądzisz bądź chcesz się przyznać. Być może nie chcesz się otwarcie przyznać do swego zainteresowania i zapału do pracy, toteż pragniesz wzbudzić w innych poczucie winy za wszystkie nadgodziny, za to, że „tyrasz za innych” bez słowa podziękowania z ich strony. Możesz też zechcieć przełożyć swe „bezinteresowne” zaangażowanie na większe wynagrodzenie. Możesz również nieświadomie stracić kontakt ze swym popędem. Niezależnie od jego przyczyny symptom presji to nieomylny znak, że jesteś do czegoś bardziej zapalony niż sądzisz. Możesz więc przełożyć symptom z powrotem na jego pierwotną i poprawną formę. „Muszę” przechodzi w „chcę”.Zapraszam na

NAJCZĘSTSZE ZNACZENIE RÓŻNYCH SYMPTOMÓW CIENIA

Słowniczek służący do przekładu symptomów z powrotem na ich pierwotne formy w cieniu

SYMPTOM        PIERWOTNA FORMA W CIENIa

Presja           Popęd
Odrzucenie („Nikt mnie nie lubi”)……………………. „Mam ich gdzieś!”
Wina („Wzbudzasz we mnie poczucie winy”)………………Mam ci za złe twoje wymagania”
Niepokój……………………………………………………………Podniecenie
Trema („Wszyscy na mnie patrzą”)……………………………….Próżność
Impotencja/Oziębłość………………………..„Nie chcę go/jej zaspokoić”
Strach („Chcą mnie skrzywdzić”)………….Wrogość („Jestem wściekły i napastliwy, nie wiedząc o tym”)
Wycofanie ……………………………………..„Nie chcę was wszystkich!”
Niemoc („Nie potrafię tego zrobić”)…………………….„Nie zrobię tego,do cholery!”
Zobowiązanie („Muszę”)………………………………..Pragnienie („Chcę”)
Niechęć („Nie lubię cię za to a to”)………………..Samoobmawianie się („Nie lubię tego a tego u siebie”)
Zazdrość („Jesteś taki wspaniały”)……………..„Jestem trochę bardziej wartościowy niż myślę”

P r z e ł o ż e n i e , czy też przeniesienie, jest kluczem do terapii. Na przykład aby zlikwidować presję, nie trzeba stwarzać popędu, czy też starać się odczuć popęd, którego nie ma. Nie twierdzę, że jeżeli zmusisz się do odczuwania popędu i zainteresowania pracą, to nie będziesz czuł presji. Twierdzę natomiast, że jeżeli czujesz presję, niezbędny popęd już jest obecny, lecz ukryty pod postacią symptomu presji. Nie musisz stwarzać popędu i stawiać go obok poczucia presji. Poczucie presji jest bowiem tożsame z popędem, którego ci potrzeba. Musisz po prostu przywrócić poczuciu presji jego pierwotną i poprawną nazwę — popęd. Jest to zatem prosty przekład, a nie stwarzanie.A zatem symptomy nie tylko nie są niepożądane: symptomy są szansą rozwoju. Symptomy to nieomylny sygnał jakiejś rzutowanej do cienia skłonności. Poprzez symptom odnajdujesz cień, a poprzez cień osiągasz rozwój, zniesienie granic, odnajdujesz drogę do adekwatnego i akceptowalnego autowizerunku. Krótko mówiąc, masz szansę zejść z poziomu persony na poziom ego. Można to nieomal wyrazić banalnie prostym równaniem: persona + cień = ego.Byłoby z mojej strony niedopatrzeniem, gdybym zakończył ten rozdział, nie podając prostego klucza do zrozumienia istoty technik terapeutycznych, stosowanych na tym poziomie. Jeżeli nie będziesz zwracał uwagi na techniczny żargon terapeuty analitycznego, tylko postarasz się wyłowić ogólny zamysł jego wypowiedzi, zauważysz, że układają się one w pewien schemat. Jeżeli powiesz, że kochasz swoją matkę, on odpowie, że jej podświadomie nienawidzisz. Jeżeli powiesz, że jej nienawidzisz, on odpowie, że ją podświadomie kochasz. Jeżeli powiesz, że depresja jest dla ciebie męką, on odpowie, że sam ją na siebie sprowadzasz, podświadomie bowiem lubisz się samoudręczać. Jeżeli powiesz, że nie znosisz czuć się upokorzony, on odpowie, że w istocie o niczym innym nie marzysz. Jeżeli jesteś gorąco zaangażowany w religijną, polityczną lub ideologiczną krucjatę, której celem jest nawrócenie innych na twoje przekonania, zasugeruje, że tak naprawdę nie podzielasz tych przekonań, a krucjata ma za cel nawrócenie ciebie samego. Jeżeli powiesz: tak, on odpowie: nie. Jeżeli powiesz: góra, on powie: dół. Jeżeli zamiauczysz, on zaszczeka. A jeżeli w końcu odwarkniesz, że zawsze podejrzewałeś’ się o nienawiść do psychologów, a teraz już jesteś tego pewien, od odpowie, że w istocie jesteś niedoszłym psychologiem i czujesz podświadomą zawiść do wszystkich terapeutów.Zaczyna to brzmieć infantylnie, ale za pomocą tej przekornej logiki terapeuta, czy sobie z tego zdaje sprawę, czy też nie, usiłujeskonfrontować cię z twymi własnymi przeciwieństwami. Jeżeli przyjrzymy się wszystkim przykładom z tego rozdziału pod tym kątem, zauważymy, że w każdej z tych sytuacji jednostka jest świadoma tylko jednego bieguna z pary przeciwieństw. Nie chcąc zauważyć drugiego bieguna, nie potrafi zrozumieć, że przeciwieństwa stanowią jedność. Ponieważ przeciwieństwa nie mogą istnieć w pojedynkę, jeżeli nie jesteś świadomy obu biegunów, oznacza to, że jeden z nich zesłałeś do podziemia, zepchnąłeś do podświadomości, dokonałeś jego projekcji. Krótko mówiąc, rozdzieliłeś przeciwieństwa granicą, co doprowadzi do bolesnego konfliktu, w którym nie ma zwycięzców, lecz wyłącznie pokonani, ponieważ walczące strony są w istocie dwoma aspektami tego samego.A zatem cień to nic innego jak twoje nieświadome przeciwieństwa. Prostą drogą do wejścia w kontakt z twym cieniem jest zatem wzbudzenie w sobie pragnienia przeciwstawnego wobec tego, które żywisz świadomie. Dowiesz się dzięki temu, jak twój cień patrzy na świat. Spojrzenie to musisz teraz uznać za swoje. Nie oznacza to, że masz wprowadzać w czyn przeciwieństwa swoich pragnień — masz je sobie tylko uświadomić. Jeżeli czujesz, że kogoś bardzo nie lubisz, bądź świadomy tej cząstki siebie, która czuje sympatię do tej osoby. Jeżeli jesteś szaleńczo zakochany, bądź świadomy tej cząstki, której obiekt twej miłości jest zupełnie obojętny. Jeżeli nienawidzisz jakiegoś swojego symptomu, bądź świadomy tego aspektu siebie, który się tym symptomem w sekrecie rozkoszuje. Z chwilą, gdy sobie faktycznie uświadomisz swe przeciwieństwa — zarówno pozytywne, jak i negatywne odczucia wobec jakiejś sytuacji — wiele napięć związanych z tą sytuacją zniknie, ponieważ nie będzie konfliktu przeciwieństw, które to napięcie wywołały. I na odwrót: z chwilą, gdy utracisz jedność przeciwieństw, świadomość obu stron siebie samego, przeciwieństwa zostaną rozszczepione, oddzielone granicą, a zepchnięty do nieświadomości biegun powróci pod postacią dokuczliwego symptomu. Ponieważ przeciwieństwa zawsze są jednością, można je rozdzielić tylko poprzez nieświadomość — selektywną uwagę.Gdy przystąpisz do analizy swych przeciwieństw, swego cienia, swych projekcji, stwierdzisz, że zaczynasz brać na siebie odpowiedzialność za swe uczucia i stany umysłu. Zaczniesz dostrzegać, że konflikty pomiędzy tobą a innymi ludźmi w istocie są konfliktami pomiędzy tobą a twymi rzutowanymi przeciwieństwami. Zaczniesz dostrzegać, że twoje symptomy nie są skutkiem krzywdy, wyrządzonej ci przez otoczenie, lecz skutkiem twego własnego działania, które tak naprawdę pragnąłbyś skierować przeciwko innym. Stwierdzisz, że ludzie i wydarzenia nie są przyczyną twoich złych stanów, a jedynie pretekstem, który pozwala tobie samemu wprowadzić się w zły stan. Odczujesz wielką ulgę, kiedy po raz pierwszy zrozumiesz, że ty sam wytwarzasz swoje symptomy, ponieważ oznacza to zarazem, że możesz przestać to robić, przełożywszy symptomy na ich pierwotną formę. Stajesz się przyczyną swych własnych emocji, a nie ich skutkiem.W tym rozdziale przekonaliśmy się, że próbując wyprzeć się pewnych aspektów naszego ego, otrzymujemy fałszywy i zniekształcony obraz samych siebie, zwany personą. Ogólnie mówiąc, wzniesiona zostaje granica pomiędzy tym, co u siebie lubisz (persona), i tym, czego nie lubisz (cień). Przekonaliśmy się również, że te wyparte aspekty ego (cień) ulegają projekcji, skutkiem czego znajdują się na zewnątrz, w otoczeniu. Z tą chwilą nasze życie staje się walką z cieniami. Granica pomiędzy personą i cieniem przechodzi w linię konfliktu, odbieranego jako symptom. Zaczynamy nienawidzić naszych symptomów z taką samą pasją, z jaką kiedyś nienawidziliśmy naszego cienia, gdy zaś cień ulegnie projekcji na innych ludzi, ich również zaczynamy darzyć nienawiścią. Traktujemy innych jak symptom: coś, co trzeba zwalczyć. Podział jaźni, który następuje na tym poziomie świadomości, rodzi zatem różnorodne formy konfliktu.Stworzyć mniej więcej poprawny autowizerunek — to jest zejść z poziomu persony na poziom ego — to nic innego, jak uzyskać dogłębną świadomość tych aspektów twego ja, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałeś. Aspekty te nietrudno dostrzec, ponieważ pojawiają się jako symptomy, przeciwieństwa, projekcje. Aby zreintegrować projekcję, wystarczy obalić granicę, włączyć w siebie cechy i skłonności, uprzednio uważane za obce, zrozumieć i zaakceptować rozmaite swoje potencjalności, negatywne i pozytywne, dobre i złe, sympatyczne i godne potępienia, a tym samym stworzyć stosunkowo poprawny obraz tego wszystkiego, czym jest twój psychofizyczny organizm. Projekcja znika, kiedy zniesie się granice i sporządzi od nowa mapę swej duszy, tak aby dawni wrogowie zostali sprzymierzeńcami, a toczące sekretne wojny przeciwieństwa zawarły przyjaźń. Koniec końców stwierdzisz, że nie wszystko jest w tobie pożądane, ale wszystko można polubić.BIBLIOGRAFIAChociaż klasyczną terapią na poziomie ego (tj. taką terapią, która pomaga osobie żyjącej jako persona zejść na poziom ego) pozostaje psychoanaliza, nie mogę jej już polecić jako najlepszej, nawet jeżeli miałbyś wystarczająco dużo czasu i pieniędzy. Po pierwsze, istnieją metody co najmniej równie skuteczne, a dużo szybsze. Po drugie, sama analiza często zniekształca obrazy, które rodzą się spontanicznie na głębszych poziomach spektrum, i usiłuje je wtłoczyć w jeden wspólny schemat. Teoria psychoanalizy pozostaje jednak kluczem do zrozumienia dynamiki ego, persony i cienia. Jako dobre wprowadzenie warto przeczytać A Primer of Freudian Psychology Calvina Halla (New York, 1973). Studenci bardziej zaawansowani mogą przeczytać Wstęp do psychoanalizy samego Freuda (wiele wydań). Poważną lekturą jest The Psychoanalytic Theory ofNeurosis Ottona Fenichela (New York, 1972).Z książek poświęconych nowszym technikom terapeutycznym na poziomie persony/ego warto wymienić następujące: William Glasser, Reality Therapy (New York, 1965); A. Ellis i R. Harper, A New Guide to Rational Living (Hollywood, 1975); M. Maltz, Psychocybernetics (Hollywood, 1960); Karen Horney, Self-Analysis (New York, 1942; prace Homey zawierają elementy metody holistycznej, dzięki czemu są przydatne także na poziomie centaura). Self-Psyching M. Werthmana (Los Angeles, 1966) to bardzo dobre kompendium technik, z których większość jest ukierunkowana na poziom ego. Znakomitą książkę The Adjusted American napisali Putney i Putney (New York, 1966); zaczerpnąłem z niej wiele przykładów do niniejszego rozdziału, za co winien jestem autorom wdzięczność. Bardzo skutecznie radzi sobie z cieniem również terapia postaci, ale ponieważ funkcjonuje ona na poziomie centaura, zalecane lektury znajdziesz w następnym rozdziale.

Najskuteczniejszą metodą na poziomie ego mnie osobiście wydaje się analiza transakcyjna. Zachowuje ona najważniejsze elementy freudyzmu, lecz umieszcza je w prostym, jasnym i zwięzłym kontekście. Co więcej, analiza transakcyjna z reguły uznaje możliwość istnienia głębszych poziomów ja, toteż nie tłumi z premedytacją głębszych obrazów. Por. T. Harris, 1’m OK— You’re OK (New York, 1969) oraz Erie Berne, W co grają ludzie (Warszawa, 1987) i What Do You Say After You Say Hello? (New York, 1974).

 

 


Poziom Drugi…….
Poziom Centaura…….
Według Kena Wilberta…… 

Dotykając naszego rzutowanego cienia, potrafiliśmy rozszerzyć naszą tożsamość od zubożałej persony do zdrowego ego. Potrafiliśmy znieść granicę, zlikwidować podział pomiędzy personą a cieniem, a tym samym znaleźć obszerniejsze i trwalsze poczucie tożsamości. Przypomina to przeprowadzkę z ciasnego mieszkania do komfortowej willi. Teraz własnie przeniesiemy się z komfortowej willi do rozległego pałacu. Będziemy kontynuować podstawowy proces znoszenia granic i podziałów, lecz na głębszym poziomie. Zajmiemy się niektórymi z metod rozszerzania świadomości od ego do centaura, poprzez dotykanie i rewindykację naszych rzutowanych ciał.Rewindykacja ciała z początku może się wydać pomysłem dość osobliwym. Granica pomiędzy ego i ciałem jest tak głęboko zakorzeniona w nieświadomości przeciętnej osoby, że na propozycję zniesienia tego podziału osoba ta reaguje zdumieniem lub brakiem zainteresowania. Żywi przekonanie, że granica pomiędzy umysłem a ciałem jest stuprocentowo rzeczywista i niezmienna, toteż nie umie sobie wyobrazić, dlaczego miałaby próbować ją naruszyć, już nie mówiąc o jej likwidacji.Jak się okazuje, niewielu z nas postradało umysł, lecz większość z nas dawno temu postradała ciało — obawiam się, że musimy potraktować to stwierdzenie dosłownie.Wydaje się bowiem, jakobym ja dosiadał mego ciała jak jeździec konia. Dźgam je ostrogami, karmię, dbam o nie i pielęgnuję. Ponaglam je, nie pytając o zdanie, powstrzymuję wbrew jego woli. Kiedy koń mojego ciała zachowuje się grzecznie, z reguły nie zwracam nań uwagi, lecz kiedy się znarowi — co zdarza się nader często — wyciągam bat, by wymóc na nim posłuszeństwo.Wydaje się wręcz, jakby moje ciało pałętało się gdzieś pode mną. Nie stawiam już czoła światu wraz z mym ciałem, lecz na mym ciele. Ja jestem tu na górze, ono tam na dole, a na dobitkę dręczy mnie niepokój, co to tak naprawdę za stwór. Moja świadomość jest niemal wyłącznie świadomością głowy — jestem moją głową, a tylko posiadam resztę ciała. Ciało przestaje być moim ja, a staje się własnością, czymś moim, lecz nie jest już mną. Inaczej mówiąc: ciało staje się przedmiotem bądź projekcją, dokładnie tak samo jak cień. W obrębie całości organizmu zostaje wytyczona granica, a ciało ulega projekcji poza tę granicę. Granica jest pęknięciem, szczeliną lub, posługując się słowami Lowena, blokadą: „Blokada powoduje również oddzielenie i odseparowanie sfery psychicznej od somatycznej. Nasza świadomość mówi nam, że obie te sfery wzajemnie na siebie oddziałują, ale skutkiem istnienia blokady świadomość nie dociera wystarczająco głęboko, by dać nam poczucie ich ostatecznej jedności. Blokada nie tylko oddziela psyche od somy, lecz także odcina zjawiska zewnętrzne od ich korzeni w głębi organizmu”.Tym, co nas tutaj przede wszystkich interesuje, jest podzielenie całości organizmu, centaura, a utrata ciała jest tylko najbardziej widomą i wyczuwalną oznaką tego procesu. Utrata ciała nie jest ściśle równoznaczna z podzieleniem centaura, ostatecznej jedności, lecz jednym z tego najczęstszych przejawów. Niemniej jednak w tym tekście zajmiemy się wyłącznie utratą ciała, gdyż proces ten najłatwiej jest zrozumieć i wytłumaczyć. Należy jednak pamiętać, że ciała samego w sobie — tego, co nazywamy ciałem fizycznym — nie uznaję za rzeczywistość głębszą niż sfera mentalna czy ego. W istocie fizyczne ciało jest najniższym ze wszystkich możliwych typów świadomości, tak prostym, że jako taki w ogóle nie jest w tej książce omawiany. Ciało nie jest rzeczywistością głębszą niż ego, wbrew temu, co twierdzi wielu somatologów. Głębszą rzeczywistością od obu tych sfer jest jednakże integracja ciała i ego i właśnie na ich integracji skupimy uwagę w tym rozdziale, nawet jeśli dla celów praktycznych będziemy mówić przede wszystkim o ciele fizycznym i ćwiczeniach fizycznych.Jak się można spodziewać, istnieje wiele przyczyn, dla których porzucamy nasze ciała, a później boimy się je odzyskać. Niektóre z tych przyczyn wymieniliśmy, omawiając ewolucję spektrum świadomości. Najbardziej banalny powód, dla którego nie odzyskujemy naszych ciał, jest taki, że po prostu nie widzimy powodu, dla którego mielibyśmy to robić. Istnieje jednak głębsza przyczyna—boimy się odzyskać ciało, ponieważ mieszkają w nim, w szczególnie żywotnej formie, silne emocje i odczucia, które podlegają społecznym zakazom. I wreszcie unikamy ciała, ponieważ jest siedliskiem śmierci.Z wszystkich tych powodów a jest ich więcej, osoba przystosowana już dawno dokonała projekcji swego ciała, które teraz znajduje się „na zewnątrz”, czy też, ściśle biorąc, „na dole”. Centaur uległ podzieleniu i jednostka identyfikuje się teraz z ego przeciwko swemu ciału. Jednakże, podobnie jak w przypadku wszystkich innych projekcji, wyobcowane ciało powraca, aby prześladować jednostkę, znęcać się nad nią niemiłosiernie, i to, co gorsza, za pomocą jej własnej energii. Ponieważ ciało zostaje praktycznie umieszczone po drugiej stronie granicy pomiędzy ja i nie-ja, ponieważ nie jest już przyjacielem i sprzymierzeńcem, naturalną koleją rzeczy staje się wrogiem. Ego i ciało zrywają ze sobą, po czym następuje zażarta, choć niekiedy subtelna walka przeciwieństw.Jak się przekonaliśmy, każda granica wytwarza dwa zwaśnione ze sobą przeciwieństwa i granica pomiędzy ego i ciałem nie należy pod tym względem do wyjątków. Istnieje wiele istotnych przeciwieństw, które wiążą się z tą konkretną granicą, lecz do najważniejszych należy opozycja aktów woli i czynności mimowolnych, czyli, posługując się bardziej fachowym językiem, czynności wolicjonalnych i wegetatywnych. Ego jest siedliskiem władzy i manipulacji, dokonywanej za pomocą aktów woli. Z reguły ego utożsamiane jest wyłącznie z aktami woli. Z kolei ciało to dobrze zorganizowany system procesów, na które wola ego nie ma wpływu — takich jak krwiobieg, trawienie, wzrost i zróżnicowanie, przemiana materii itd. Znajduje to odzwierciedlenie w naszym języku. Mówimy: „[Ja] poruszam ramieniem”, lecz nie mówimy: „[Ja] biję moim sercem”. Mówimy „[Ja] jem”, lecz nie mówimy: „[Ja] przemieniam materię”. Mówimy: „[Ja] zamykam oczy”, lecz nie mówimy: „[Ja] rosnę moje włosy”. Mówimy: „[Ja] kręcę palcami u nóg”, lecz nie mówimy: „[Ja] pompuję krew do żył”.Innymi słowy, człowiek jako ego utożsamia się tylko z tymi czynnościami, na które ma wpływ jego wola. Wszystkie pozostałe czynności, mimowolne czy wegetatywne, uważa za nie należące do jego ja i niegodne zaufania. Choć wydaje się to dość zdroworozsądkowe, czy nie dziwi cię, że utożsamiamy się tylko z częścią naszej istoty? Czy nie dziwi cię, że w najlepszym razie połowę organizmu nazywamy sobą? Do kogo należy reszta?W jakimś sensie ego czuje się bezsilną ofiarą, tkwiącą w sidłach kapryśnego, nieprzewidywalnego ciała. Nie należą do rzadkości osoby, które czują się spętane ciałem i tęsknią za stanem rzeczy, teraz czy po śmierci, kiedy niepodzielną władzę sprawować będzie dusza, nie skrępowana słabością ciała, ubezcieleśniona, szybująca w przestworzach, okryta eteryczną, zaledwie materialną muślinową szatą. Nietrudno się domyślić, dlaczego w oczach tak wielu ciało jest synonimem grzechu.Naszemu ego szczególnie doskwiera podatność ciała na ból. Ból, cierpienie, niezwykła wrażliwość żywej tkanki i obnażonych nerwów — to chyba zrozumiałe, że ego jest przerażone i pragnie odsunąć od siebie źródło bólu, znieczulić ciało, aby utraciło wrażliwość na bolesne wibracje. Choć ego nie ma władzy nad mimowolnymi procesami cielesnymi, potrafi jednak usunąć z ciała świadomość, uczynić je niewrażliwym, nieczułym, martwym. Aurobindo określił to mianem szoku życia — szoku i ucieczki świadomości na widok słabości i śmiertelności ciała, ucieczki, która znieczula ciało i zniekształca świadomość.Lecz za to „zamrożenie” ciała trzeba zapłacić ogromną cenę. Bo ciało to nie tylko źródło bólu, ale i przyjemności. Zabijając źródło bólu, ego zabija również źródło rozkoszy. Koniec z cierpieniem… i koniec z rozkoszą.Przeciętna osoba zamraża swoje ciało, nie rozumiejąc natury tego procesu. Nawet nie wie, że ciało zostało zamrożone. Jakbyśmy mieli do czynienia z epidemią odmrożeń. Ofiara odmrożenia niczego sobie nie uświadamia, ponieważ traci czucie w odmrożonych częściach ciała, a nie można odczuć braku czucia. Ofiara odmrożenia nic nie czuje, więc wydaje się, że nie ma problemu.Ten wszechobecny brak czucia jest ogólnym skutkiem szoku życia, czyli naszej ucieczki od ciała i podzielenia centaura. Podzielenie to w mniejszym lub większym stopniu dotyczy również zdrowych ego. Jeżeli bowiem utożsamiasz się wyłącznie ze swoim ego, twoje ja z definicji nie zawiera w sobie procesów wegetatywnych, zachodzących w organizmie. Choćbyśmy więc poszerzyli naszą świadomość od persony do ego, przypuszczalnie zdamy sobie sprawę, że brakuje nam jakiegoś wrażenia głębi, jakiejś podstawy znaczącego uczucia, wewnętrznego źródła świadomości i przytomności (JeeUngattention). Być może ogarnie nas więc pragnienie, by zejść na jeszcze niższy poziom spektrum, by zrezygnować z tożsamości ograniczonej do ego i odkryć w jej miejsce utożsamienie z całością bytu psychofizycznego. Dla terapeutów, którzy pracują na tym poziomie, jest to równoznaczne z odkryciem autentycznego, istotowego ja.W dalszym ciągu przyjrzymy się sposobom likwidacji granicy pomiędzy umysłem a ciałem, aby znów odkryć jedność przeciwieństw, uśpioną w głębi naszej istoty. „Tego pęknięcia — mówi Lowen — nie uleczy wiedza na temat procesów przemiany energii, zachodzących w organizmie. Wiedza jest bowiem zjawiskiem powierzchniowym i sama należy do sfery ego. Należy odczuć płynący w ciele nurt życia. Aby tego dokonać, trzeba jednak zliberalizować władzę ego, aby głębinowe zjawiska cielesne mogły dotrzeć na powierzchnię”.Choć brzmi to banalnie, tu właśnie leży trudność, jaką napotyka każda osoba, usiłująca nawiązać kontakt ze swym ciałem. Nie potrafi bowiem odczuć swych nóg, żołądka czy ramion, potrafi tylko o nich myśleć. Przedstawia je sobie poglądowo, odcinając się od bezpośredniego ich doznawania. Jest to oczywiście jeden z najważniejszych mechanizmów odpowiedzialnych za pierwotne rozszczepienie ciała i umysłu. Na tę skłonność do poglądowego ujmowania naszych odczuć należy zwrócić szczególną uwagę, jak również podjąć szczególny wysiłek, aby zaprzestać, przynajmniej na jakiś czas, nawykowego przekładania odczuć na pojęcia i obrazy.Oto jedna z technik nawiązywania kontaktu ze swym ciałem. Połóż się na plecach na dywanie czy macie. Zamknij oczy, swobodnie i głęboko oddychaj, dopuść do siebie odczucia cielesne. Nie staraj się odczuwać niczego konkretnego, nie wymuszaj żadnych doznań, tylko pozwól, by twa przytomność krążyła swobodnie po całym organizmie i rejestrowała wszelkie odczucia, pozytywne i negatywne, obecne w różnych częściach ciała. Czy odczuwasz na przykład swoje nogi? swój żołądek? swoje serce, oczy, genitalia, pośladki, czaszkę, przeponę, stopy? Zwróć uwagę, które części ciała wydają się żywotne, silne, lekkie, rozluźnione, wrażliwe, a które zdają się otępiałe, ciężkie, spięte, bolesne lub bez życia. Spróbuj tak wytrzymać przez trzy minuty, a stwierdzisz, że myślami raz po raz opuszczasz ciało i uciekasz w marzenia. Czy nie wydaje ci się dziwne, że pozostanie w swym własnym ciele przez trzy minuty jest takie trudne? Jeżeli nie jesteś w swoim ciele, to gdzie jesteś?Po tym wstępie możemy przejść do kolejnego kroku: nadal leżąc, z ramionami po bokach, nogami lekko rozsuniętymi i zamkniętymi oczami, weź głęboki, powolny wdech, jakbyś pragnął wypełnić powietrzem całą klatkę piersiową i brzuch w okolicach przepony. Jeżeli to coś pomoże, wyobraź sobie, że twoja klatka piersiowa i brzuch są od wewnątrz wyścielone gumą, którą starasz się nadmuchać jak balon. Jeżeli w którymś miejscu nie czujesz łagodnego ucisku nadmuchanego balonu, zaczerpnij jeszcze trochę powietrza, aby balon jeszcze bardziej się wydął. Następnie powoli i miarowo wypuść powietrze, całkowicie opróżniając balon. Powtórz ten proceder siedem lub osiem razy, tak abyś czuł lekki, lecz wyraźny ucisk na miednicę. Zwróć uwagę, które obszary ciała sprawiają wrażenie spiętych, obolałych lub odrętwiałych.Czy wypełniony balonem obszar odczuwasz jako jedną całość, czy też wydaje ci się rozczłonkowany na klatkę piersiową, brzuch i jamę miednicy, a poszczególne obszary oddzielone są warstwami napięcia lub bólu? Mimo tych drobnych bolesności i dokuczliwości, w przestrzeni całego balonu powinno wystąpić odczucie subtelnej przyjemności. Dosłownie wchłaniasz w siebie przyjemność i rozprowadzasz ją po całym organizmie. Przy wydechu nie „wydmuchuj” z siebie przyjemności, lecz rozcieńcz ją w ciele — powinna się potęgować przy każdym kolejnym cyklu. Jeżeli nie jesteś pewien, czy tak to odczuwasz, powtórz „nadmuchiwanie balonu” jeszcze trzy lub cztery razy, oddając się rozkoszy.Być może zaczynasz już rozumieć, dlaczego jogini nazywają oddech siłą życiową — nie w sensie filozoficznym, lecz w sensie odczucia. Przy wdechu wciągasz siłę życiową z gardła do brzucha, napełniając ciało energią i życiem. Przy wydechu rozprowadzasz tę siłę po całym organizmie jako subtelną przyjemność i radość.Możesz kontynuować „balonowe” oddychanie, wciągając siłę życiową od gardła do okolic splotu słonecznego (hara), ale przede wszystkim ważne jest, abyś zaczął odczuwać wydech jako rozchodzenie się siły życiowej od brzucha na wszystkie części ciała. Przy każdym wdechu napełnij harę żywotnością. Potem, przy wydechu, sprawdź, jak daleko w dół odczuwasz promieniowanie siły życiowej czy rozkoszy — do ud? do kolan? do stóp? Ostatecznie powinna dotrzeć dosłownie do końców palców u nóg. Zwróć na to uwagę przez kilka kolejnych oddechów, po czym skup się na górnych krańcach ciała. Czy czujesz wydzielanie się siły życiowej do ramion? dłoni, głowy, mózgu i czaszki? Potem, przy wydechu, spraw, by ta subtelna rozkosz rozeszła się po całym ciele i promieniowała na świat. Niech poprzez twoje ciało rozkosz przeniknie do nieskończoności.Doszliśmy zatem do pełnego cyklu oddechowego: przy wdechu wciągnij powietrze z gardła do hary, napełniając ją siłą życiową. Przy wydechu rozpromieniuj tę subtelną rozkosz przez cały organizm na cały świat, kosmos, nieskończoność. Kiedy ten cykl się wypełni, pozwól, by wszelkie myślenie rozpłynęło się w wydechu i przeniknęło w nieskończoność. To samo uczyń z wszelkimi przykrymi uczuciami, chorobą, cierpieniem, bólem. Pozwól, by przytomność nasyciła sobą całą teraźniejszość i rozlała się w nieskończoność.Przyjrzyjmy się teraz dokładniej temu ćwiczeniu. Bez wątpienia czułeś, jak witalna rozkosz i przytomność krążyły swobodnie po całym organizmie. W każdej fazie tego ćwiczenia mogłeś jednak doznawać na jakimś obszarze odrętwienia, braku czucia, bądź też, przeciwnie, napięcia, usztywnienia lub bólu. Innymi słowy, doznawałeś blokad (minigranic), stojących na przeszkodzie swobodnemu przepływowi przytomności. Większość ludzi :,tale doznaje napięcia szyi, oczu, odbytnicy, przepony, ramion lub krzyża. Drętwota często występuje w okolicach miednicy, genitaliów, serca, dolnej części brzucha i w kończynach. Ważne jest, aby jak najprecyzyjniej zlokalizować swe blokady. Na razie nie staraj się ich usunąć. W najlepszym wypadku nic nie osiągniesz, w najgorszym — blokady jeszcze bardziej się zakleszczą. Wystarczy, że zanotujesz w pamięci ich prawdopodobne położenie.Umiejscowiwszy blokady, możesz rozpocząć proces ich usuwania. Najpierw jednak zastanówmy się, co te blokady i przeszkody oznaczają — czym są te obszary czy strefy napięcia, ucisku i usztywnienia, zlokalizowane w różnych częściach ciała. Jak widzieliśmy, na poziomie ego jednostka może stawić opór jakiemuś impulsowi lub emocji, twierdząc, że ta emocja nie jest jej własnością. Za pomocą mechanizmu projekcji osoba ta mogła nie dopuścić do świadomości którejś ze skłonności cienia. Jeżeli odczuwała wrogość, lecz temu zaprzeczała, wrogość ulegała projekcji, wskutek czego osoba ta zaczynała odczuwać, że to świat jest jej nieprzychylny. Innymi słowy, czuła lęk przed swą własną wrogością, która uległa projekcji.Co się dzieje z ciałem, gdy nastąpi projekcja wrogości? W umyśle mamy do czynienia z projekcją, ale musi mieć również miejsce jakiś proces fizyczny, ponieważ ciało i umysł nie są od siebie odrębne. Co się dzieje w ciele, gdy rzutujesz wrogość? W jaki sposób na poziomie ciała tłumisz silną emocję, która pragnie się wyładować w jakimś działaniu?Jeżeli czujesz intensywną wrogość lub gniew, możesz wyładować tę emocję w takich czynnościach, jak krzyk i wymachiwanie pięściami. Te czynności mięśni stanowią uzewnętrznienie wrogości. Jeżeli więc masz w sobie stłumić wrogość, możesz to osiągnąć tylko poprzez stłumienie tych czynności mięśni, które służą wyładowaniu. Innymi słowy, musisz użyć mięśni, aby powstrzymać w działaniu inne mięśnie. Rezultatem jest wojna mięśni. Połowa twych mięśni usiłuje wyładować wrogość poprzez jakąś formę zamachu na otoczenie, druga połowa usiłuje temu zapobiec. Konflikt kończy się pełnym napięcia rozejmem, a na działania, których suma równa jest zeru, wydatkowana zostaje ogromna ilość energii.W przypadku tłumionej wrogości najprawdopodobniej nałożysz blokadę na mięśnie podbródka, gardła, szyi, ramion i przedramion, gdyż jest to jedyny sposób, by fizycznie powściągnąć wrogość. Jeżeli dodatkowo nie przyznasz się przed sobą do wrogości, najprawdopodobniej przeniknie ona do twej nieświadomości pod postacią lęku, toteż kiedy następnym razem ogarnie cię irracjonalny lęk, sprawdź, czy ramiona nie są napięte i usztywnione, co by wskazywało, że twój lęk bierze się ze stłumionej wrogości. Jednakże w samych ramionach nie będziesz już czuł ochoty, by uderzyć; nie będziesz już czuł wrogości; doznasz tylko silnego napięcia, sztywności, ucisku. Powstała blokada.Taka jest właśnie natura blokad, które zlokalizowałeś podczas ćwiczeń oddechowych. Każda blokada, każde napięcie lub ucisk ciała jest w istocie mięśniowym hamowaniem jakiegoś zakazanego impulsu lub emocji. Mięśniowy charakter blokad jest niezwykle istotny, toteż wkrótce do tego powrócimy. Teraz wystarczy tylko zapamiętać, że blokady i strefy napięcia są rezultatem tego, że dwa zespoły mięśni walczą ze sobą (przez minigranicę), gdyż jeden pragnie wyładowania impulsu, a drugi jego powściągnięcia. Takie tłumienie czy hamowanie impulsów oznacza, że na pewnych obszarach swego ciała uderzasz w siebie samego.Jeżeli zatem stwierdzasz napięcie wokół oczu, być może powstrzymujesz impuls, by zapłakać. Jeżeli czujesz bolesne napięcie w skroniach, być może nieświadomie zwierasz mięśnie szczęki, aby powstrzymać się od krzyku, czy nawet śmiechu. Napięcie ramion i szyi wskazuje na hamowany gniew, złość czy wrogość, napięcie przepony zaś wskazuje, że chronicznie tłumisz i ograniczasz oddychanie, aby nie dopuścić do ujawnienia się jakichś niesfornych emocji. (Podczas każdego aktu samokontroli większość ludzi, wstrzymuje oddech). Napięcie w dolnej części brzucha i jamie miednicy oznacza zwykle, że odciąłeś od świadomości swój seksualizm, że usztywniasz ten obszar, aby zapobiec przepływowi energii i siły żywotnej oddechu. Kiedy to się zdarzy — niezależnie od przyczyny — w dużej mierze stracisz również czucie w nogach. Napięcie zaś, sztywność lub brak siły w nogach oznacza zazwyczaj brak zakorzenienia, stabilności i równowagi psychofizycznej.A zatem, jak się właśnie przekonaliśmy, aby zrozumieć ogólne znaczenie poszczególnych blokad, najlepiej jest sprawdzić, na których obszarach ciała występują. Określone obszary ciała z reguły wyładowują określone emocje. Nie krzyczy się stopami, płacze kolanami ani nie przeżywa orgazmu łokciami. Jeżeli więc blokada występuje na określonym obszarze ciała, można przyjąć, że tłumiona jest korespondująca z tym obszarem emocja. Za znakomite przewodniki mogą w tym względzie posłużyć prace Lowena i Kelemana (wymieniam je na końcu tego rozdziału).Zakładając, że zdążyłeś już mniej więcej zlokalizować swe najważniejsze blokady przytomności, możesz przejść do naprawdę interesującego zajęcia: usuwania blokad. Choć podstawową procedurę nietrudno pojąć i zrealizować, to jednak aby pozytywne skutki tych starań dotarły do naszej świadomości, potrzeba wiele pracy, wysiłku i cierpliwości. Przypuszczalnie poświęciłeś przynajmniej 15 lat budowie poszczególnych blokad, nie powinieneś się więc dziwić, że nie znikają po 15 minutach pracy. Usunięcie blokad ze świadomości, podobnie jak usuwanie wszystkich granic, wymaga czasu.Jeżeli miałeś wcześniej do czynienia z blokadami, to zapewne doświadczyłeś już tego, że próby ich poluzowania, przynajmniej na stałe, wydają się bezskuteczne. Świadomym wysiłkiem możesz się rozluźnić na kilka minut, lecz napięcie (szyi, pleców, klatki piersiowej itd.) powraca spotęgowane z chwilą, gdy zapomnisz o tym „wymuszonym relaksie”. Niektóre blokady i napięcia — być może większość — w ogóle nie chcą ustąpić. Mimo to jedyną metodą, jaką zazwyczaj stosujemy, jest skazana na porażkę próba świadomego rozluźnienia napięcia. (Dodatkowy paradoks polega na tym, że metoda ta wymaga olbrzymiego wysiłku).Innymi słowy, wydaje się więc, że blokady powstają poza naszą wolą, że nie mamy na nie żadnego świadomego wpływu, że są nieproszonymi gośćmi. Jesteśmy ich pożałowania godnymi ofiarami. Sprawdźmy, skąd się bierze upór tych nieproszonych gości.Przede wszystkim zauważamy, że wszystkie blokady są mięśniowe, o czym wspominaliśmy już wcześniej. Każda blokada polega na skurczu, napięciu, zablokowaniu jakiegoś mięśnia lub grupy mięśni. A ściśle mówiąc, jakiejś grupy mięśni szkieletowych, każdy zaś mięsień szkieletowy podlega naszej woli. A zatem przyczyną każdej blokady jest skurcz mięśni, działających na takiej samej zasadzie, co mięśnie, których używasz do poruszania ręką, żucia, chodzenia, podskakiwania czy zwijania dłoni w pięść.Oznacza to, że blokady podlegają naszej woli. Nie są od nas niezależne. Są czymś, co sami w sobie wytwarzamy. Innymi słowy, blokady wytworzyliśmy my sami, świadomie, celowo, aktem woli, ponieważ biorą w nich udział wyłącznie podległe naszej kontroli mięśnie szkieletowe.A jednak, co dziwne, wcale nie wiemy o tym, że stwarzamy blokady. Napinamy te czy tamte mięśnie i chociaż wiemy, że są napięte, nie wiemy, że to my aktywnie je napinamy. Kiedy nastąpi blokada, nie potrafimy tych mięśni rozluźnić, ponieważ nie wiemy, że je skurczyliśmy. Tym samym wydaje nam się, że blokady powstają same z siebie (tak samo jak wszystkie inne nieświadome procesy) i uznajemy się za bezradne ofiary, maltretowane przez siły, pozostające poza naszą kontrolą.Przypomina to niemal sytuację, jakbym się sam szczypał w nogę, lecz o tym nie wiedział. Jakbym się celowo uszczypnął, a potem zapomniał, kto to zrobił. Czuję ból w uszczypniętym miejscu, lecz nie potrafię zrozumieć, dlaczego ból nie znika. Utkwione w mym ciele napięcia mięśniowe są takimi właśnie głęboko zakorzenionymi formami samouszczypnięcia. Istotna kwestia nie brzmi więc: „Jak mam usunąć blokady?”, lecz: „Jak mam zrozumieć, że to ja je aktywnie wytwarzam?” Jeżeli sam się szczypiesz, lecz o tym nie wiesz, na nic się nie zda skierowana do kogoś innego prośba, by uśmierzył ból. Jeżeli pytasz, w jaki sposób masz się przestać szczypać, sugerujesz, jakoby robił to kto inny. Jednak z chwilą, gdy zrozumiesz, że to ty sam się szczypiesz aktem swej woli, szczypanie się ustąpi samoczynnie. Nie pytasz ludzi, jak podnieść rękę, ponieważ jest to czynność sterowana wolą. Na tej samej zasadzie nie powinieneś pytać, jak masz przestać się szczypać.Sprawa zasadza się więc na tym, żebyś bezpośrednio odczuł, w jaki sposób aktywnie napinasz te mięśnie, co oznacza, że przede wszystkim nie wolno ci próbować ich rozluźnić. Musisz natomiast, jak zawsze, wygrać przeciwko sobie przeciwieństwa. Musisz zrobić coś, co nigdy wcześniej nie przyszło ci do głowy: musisz aktywnie i świadomie spróbować zwiększyć jakieś konkretne napięcie. Celowo zwiększając napięcie, czynię moje samoszczypanie świadomym. Zaczynam sobie przypominać, że to ja się szczypałem. Teraz dostrzegam, że dosłownie walczyłem z samym sobą. Jeżeli to zrozumienie rozejdzie się po całym ciele jako głębokie odczucie, energia uwięziona w wojnie mięśni zostanie wyzwolona i mogę ją teraz skierować na zewnątrz, ku otoczeniu, a nie do wewnątrz siebie. Zamiast walczyć ze sobą mogę zawalczyć z pracą, książką czy rywalem sportowym, dzięki czemu przypomnę sobie właściwe znaczenie słowa agresja: „zbliżanie się ku czemuś”.Jest jednak drugi, równie istotny aspekt usuwania blokad. Pierwszy aspekt, który właśnie omówiliśmy, polega na tym, aby świadomie zwiększyć ucisk czy sztywność poprzez zwiększenie napięcia odpowiednich mięśni. Tym sposobem świadomie robimy to, co uprzednio robiliśmy nieświadomie. Nie zapominaj jednak, że blokady pełniły niezwykle ważną funkcję — powstały po to, aby zdusić odczucia i impulsy, które wydawały się wtedy niebezpieczne, zakazane czy nie do przyjęcia. Blokady były formą oporu wobec konkretnych emocji i nadal nią pozostają. A zatem jeżeli blokady mają zostać usunięte na stałe, będziesz się musiał otworzyć na emocje ukryte w skurczu mięśni.Należy podkreślić, że te ukryte emocje nie są jakąś dziką, niepowstrzymaną, orgiastyczną chucią, czy też demoniczną, bestialską żądzą wymordowania ojca, matki, braci i sióstr. Są to emocje zazwyczaj dość łagodne, choć wydają się drastyczne, ponieważ tak długo hamowałeś je w sobie mięśniowo. Zwykle pragniemy tylko dać upust łzom, wywrzeszczeć się, w nie tłumiony sposób przeżywać orgazm czy pozwolić sobie na klasyczny atak furii. Nawet jeżeli pojawi się jakaś silna negatywna emocja — na przykład potężny, nie kontrolowany gniew — nie jest to powód do niepokoju, ponieważ emocja ta nie stanowi znaczącej części twej osobowości. W spektaklu teatralnym, w momencie gdy na scenę wychodzi aktor, który ma do wygłoszenia jedynie dwie kwestie, ogniskuje się na nim wzrok całej publiczności, choć w stosunku do całej obsady jest on mało istotny. Analogicznie —jeżeli na scenie twej świadomości zjawi się po raz pierwszy jakaś negatywna emocja, przez jakiś czas wpatrujesz się w nią jak zahipnotyzowany, choć ona również jest tylko małą cząstką całej obsady twych emocji. Znacznie korzystniej jest mieć ją przed oczyma niż pozwolić jej się szwendać za kulisami.W każdym razie to uwolnienie emocji nastąpi zazwyczaj samo z siebie, gdy świadomie postawisz sobie za cel zwiększenie napięcia mięśni w poszczególnych blokadach. Gdy zaczynasz świadomie kurczyć odpowiednie mięśnie, z reguły pamiętasz, z czym ten skurcz jest związany. Na przykład kiedy widząc, że twój znajomy niemal płacze, powiesz do niego: „Nie poddawaj się!”, prawdopodobnie wybuchnie płaczem. Próbuje on w tej chwili zahamować coś dla organizmu naturalnego, ale ponieważ ma świadomość, że próbuje to zablokować, emocji trudno jest się schować do podziemia. Tak samo jeżeli świadomie weźmiesz odpowiedzialność za swe blokady i spróbujesz je zintensyfikować, zahamowana emocja może wyjść na powierzchnię.Tego rodzaju eksperyment ze świadomością ciała może przebiegać następująco: po zlokalizowaniu jakiejś konkretnej blokady — powiedzmy napięcia szczęki, gardła i skroni — skup na niej całą swoją świadomość, starając się bardzo dokładnie odczuć, w którym miejscu występuje napięcie i które mięśnie są za to odpowiedzialne. Potem zacznij powoli zwiększać napięcie i ucisk, w tym przypadku poprzez skurczenie mięśni gardła i zwarcie szczęk. Przeprowadzając eksperyment ze zwiększaniem napięcia mięśniowego cały czas pamiętaj, że nie tylko napinasz mięśnie, lecz także starasz się aktywnie zatrzymać coś w sobie. Możesz nawet sobie powtarzać (na głos, jeżeli nie biorą w tym udziału szczęki): „Nie! Nie chcę! Stawiam opór!”, żeby naprawdę odczuć tę część ciała, która „szczypie”, czyli usiłuje zahamować jakąś emocję. Potem powoli rozluźnij mięśnie — a jednocześnie całkowicie się otwórz na emocję, która domaga się ujawnienia. W tym przypadku może to być pragnienie, by zapłakać, ugryźć, zwymiotować, roześmiać się, krzyknąć. Może się jednak okazać, że w miejscu blokady poczujesz przyjemne ciepło. Autentyczne uwolnienie zablokowanych emocji wymaga czasu, wysiłku, otwartości i rzetelnej pracy. Jeżeli posiadasz przeciętnie uporczywą blokadę, dla osiągnięcia znaczących rezultatów konieczne będą codzienne 15-minutowe sesje przez co najmniej miesiąc. Blokada zostaje usunięta, gdy przytomność nie napotyka na danym obszarze żadnych przeszkód w drodze do nieskończoności.Osiągnięte tą prostą metodą uleczenie pęknięcia pomiędzy ciałem i umysłem, wolą i spontanicznością, prowadzi do istotnej zmiany w postrzeganiu rzeczywistości i własnego ja. W jakiejś mierze zaczynasz doznawać procesów wegetatywnych, zachodzących w twym ciele, jako cząstki siebie, zaczynasz akceptować jako zupełnie naturalne liczne zjawiska w swym organizmie, nad którymi nie masz kontroli. Łatwiej ci przychodzi zaakceptować to, co spontaniczne i nie kontrolowane, ponieważ wierzysz w istnienie głębszego ja, które wykracza poza powierzchowne zachcianki woli i ego. Uwierzysz być może, że nie musisz się kontrolować, aby się zaakceptować. Zresztą twoje głębsze ja, twój centaur, leży poza twoją kontrolą. Zawiera w sobie zarówno wolę, jak i spontaniczność, czyli zupełnie akceptowalne przejawy ciebie samego.Co więcej, gdy zaakceptujesz w sobie zarówno wolę, jak i spontaniczność, nie czujesz się już ofiarą swego ciała i procesów, odbywających się poza twoją kontrolą. Nabywasz głębokiego poczucia odpowiedzialności za siebie, lecz nie w tym sensie, że ponieważ wszystko podlega twojej kontroli, jesteś winien wszystkiemu, co złe. Stajesz się odpowiedzialny za siebie w tym sensie, że tego, co się w tobie dzieje, nie możesz już przypisywać winie czy zasłudze innych. Na jakimś głębokim poziomie ty sam jesteś źródłem, a nie ofiarą, także procesów, które wydają się zachodzić poza twoją kontrolą.Zaakceptowanie tego, co nie kontrolowane, jako części ja nie oznacza, że z czasem podporządkujesz te procesy swej woli. Nie będziesz w stanie przyspieszyć wzrostu włosów, powstrzymać burczenia żołądka czy sprawić, by krew popłynęła w przeciwnym kierunku. Chodzi bowiem o coś innego: zdając sobie sprawę, że te procesy są w równym stopniu częścią ciebie jak to, co podlega twojej woli, zarzucisz powszechne, lecz daremne starania, by wziąć na siebie dzieło stworzenia — by obsesyjnie manipulować sobą i całym światem. Paradoks polega na tym, że gdy sobie to uświadomisz, zwiększy się twoje poczucie wolności. Za pomocą woli i ego możesz się świadomie zająć może dwiema lub trzema rzeczami naraz. Tymczasem twój całościowy organizm, bez żadnej pomocy ze strony ego, zawiaduje w tej chwili dosłownie milionami różnych procesów, od skomplikowanej chemii trawienia po subtelności neurotransmisji czy koordynację danych zmysłowych. Wymaga to mądrości nieskończenie większej niż powierzchowne sztuczki, którymi tak się szczyci ego. Im bardziej jesteśmy zdolni oprzeć się na centaurze, tym łatwiej przychodzi nam zbudować nasze życie na tym ogromnym rezerwuarze naturalnej mądrości i wolności.Większość z naszych codziennych problemów i zmartwień wyrasta z prób podporządkowania sobie procesów, z którymi organizm doskonale by sobie poradził, gdyby nie ingerencja ze strony ego. Ego niepotrzebnie próbuje na przykład wyprodukować szczęście, rozkosz czy radość życia. Czujemy, że rozkosz jest czymś dotkliwie nieobecnym w naszej teraźniejszej sytuacji i że musimy ją wytworzyć, otaczając się wyrafinowanymi zabawkami i gadżetami. To nas umacnia w złudzeniu, że szczęście i rozkosz można dostarczyć hurtowo z zewnątrz, a ponieważ właśnie to złudzenie jest odpowiedzialne za zablokowanie rozkoszy, w poszukiwaniu rozkoszy dążymy do czegoś, co nam osiągnięcie rozkoszy uniemożliwia.Powrócić do centaura to zdać sobie sprawę, że zdrowie fizyczne i psychiczne już krąży po naszym organizmie. „Energia to wieczna rozkosz, co z ciała pochodzi”, powiedział Blake. Jest to rozkosz niezależna od zewnętrznych bodźców i nadziei. Swe źródło ma wewnątrz, tryskające obfitością w chwili teraźniejszej. O ile ego żyje w czasie, z szyją wyciągniętą ku przyszłości i sercem lamentującym nad przeszłymi stratami, o tyle centaur żyje zawsze w nunc fluens, w przemijającej i konkretnej teraźniejszości, żywej teraźniejszości, która nie trzyma się kurczowo wczoraj ani nie domaga się jutra, lecz znajduje spełnienie w darach chwili obecnej. (Nie jest to jeszcze wieczna teraźniejszość, nunc stans, lecz stanowi krok we właściwym kierunku). Świadomość centaura to potężne lekarstwo na świat szoku przyszłości.Jako centaur możesz nie tylko nauczyć się, że wola i spontaniczność są w równym stopniu tobą, możesz nawet zacząć rozumieć, na tym głębszym poziomie, że są jednym i tym samym. Na poziomie centaura bowiem wszystkie czynności są spontaniczne. Czynności wegetatywne organizmu są spontaniczne z definicji. Spontanicznie rodzą się jednak również akty woli i świadomie podjęte decyzje. Co się bowiem kryje za aktem woli? Inny akt woli? Czy jest moją wolą mieć wolę, czy też wola bierze się sama z siebie? Jeżeli to pierwsze, to czy jest moją wolą mieć wolę, aby mieć wolę? Czy postanowienia zapadają spontanicznie, czy też postanawiam postanowić, że postanowię? W którymś miejscu nawet świadome decyzje wtapiają się w spontaniczność centaura, która jednoczy akty woli i czynności wegetatywne organizmu. Na tym głębokim poziomie nasze ja wiedzie, jak się wyraził Coomaraswamy, „nieprzemijające, nie wyrachowane życie w teraźniejszości”.Najistotniejszym rezultatem każdej terapii tego poziomu jest subtelna, lecz trwała zmiana świadomości, która zachodzi podczas przywracania centaura do życia i jednoczesnego odkrywania swej pierwotnej tożsamości. Potencjał centaura nie jest wynikiem prostego dodawania potencjałów ego i ciała, lecz całością, która znacznie przewyższa sumę swych części. Jak powiedział Rollo May: „Ani ego, ani ciało, ani nieświadomość nie mogą być «autonomiczne», potrafią istnieć tylko jako części całości. Właśnie w tej całości muszą mieć swą podstawę wola i wolność”. Zwiększenie potencjału, jakie daje ta całość, nosi nazwę samoaktualizacji (Goldstein, Maslow), autonomii (Fromm, Riesman) lub sensu życia (May). Poziom centaura jest podstawowy dla ruchu ludzkiego potencjału, dla egzystencjalizmu i dla terapii humanistycznej, które za najważniejszy cel uznają integrację umysłu, ciała i emocji w jedność wyższego rzędu, głębszą całość.Nie jest to miejsce na pełny wykład teorii samoaktualizacji, lecz poniższy cytat z Masłowa w wystarczającym stopniu tłumaczy zarówno samo pojęcie, jak i skutki braku samoaktualizacji:W każdym z nas istnieje dążność ku maksymalnej aktualizacji naszych możliwości, ku samoaktualizacji, ku pełnemu urzeczywistnieniu się naszego człowieczeństwa. Jest to pęd ku stworzeniu w pełni rozwiniętej, autentycznej jaźni (…), zwiększenie nacisku na rolę integracji (jedności, całości). [Dążność] ta każe nam również, byśmy byli najlepsi, najlepsi, jacy być potrafimy. Jeżeli świadomie zamierzasz być czymś mniej niż mógłbyś być, ostrzegam cię, że przez resztę życia będziesz głęboko nieszczęśliwy.Jak sugeruje Maslow, samoaktualizacja i sens są ze sobą ściśle powiązane. Z tej właśnie przyczyny terapeuci poziomu centaura szczególnie podkreślają fundamentalny sens życia. Sens wykraczający poza ego. Kiedy bowiem rozwiniesz w sobie mocne i zdrowe ego, co dalej? Kiedy spełnisz potrzeby swego ego, kiedy masz już samochód, dom i trochę poczucia własnej wartości, kiedy zgromadzisz dobra materialne i zyskasz silną pozycję zawodową — co dalej? Kiedy historia przestanie dostarczać duszy sensu, kiedy materialne dążenia w świecie zewnętrznym stracą swój urok, kiedy dotrze do ciebie, że czeka cię pewna śmierć w samotności — co dalej?Znaleźć sens życia na poziomie ego to czegoś w życiu dokonać i do pewnego stopnia jest to wskazane. Jednakże przekraczając ego, wkraczamy zarazem w innego rodzaju sens — sens, który ma mniej wspólnego z dokonywaniem, a więcej z byciem. Jak to ujął E. E. Cummings: „Jeżeli potrafisz być, bądź. Jeżeli nie, nie przejmuj się, lecz wtrącaj się do cudzych spraw, czyniąc drugiemu co tobie miłe i niemiłe, dopóki nie sczeźniesz”.Odnaleźć centauryczny, fundamentalny sens życia to odkryć, że procesy życiowe same w sobie wytwarzają radość. Sens odnajdziesz nie w zewnętrznych działaniach i dobrach materialnych, lecz w wewnętrznych, promienistych nurtach twej własnej istoty, jak również w udzielaniu tej istoty światu, przyjaciołom, całej ludzkości i wreszcie nieskończoności.Odnaleźć prawdziwy sens życia to również pogodzić się ze śmiercią, zawrzeć przyjaźń z przemijalnością wszystkiego, co jest, z każdym wydechem rozprzestrzenić cały swój organizm w pustkę. Bezwarunkowo poddać się śmierci z każdym wydechem to odrodzić się i odżyć z każdym wdechem, cofać się zaś przed śmiercią i przemijalnością każdej chwili to cofać się przed zawartym w każdej chwili życiem, ponieważ życie i śmierć są jednym.Reasumując, na poziomie centaura mieści się: 1) samoaktualizacja, 2) sens i 3) pytania egzystencjalne, czyli kwestie życia i śmierci. Aby ten poziom osiągnąć, konieczna jest pełna świadomość cielesno-umysłowa, strumień przytomności, który przenika cały organizm i uruchamia całą psychofizyczność. Utożsamiać się i z ego, i z ciałem to przeobrazić obie te sfery poprzez umieszczenie ich w nowym kontekście. Ego może sięgnąć ku dającej oparcie ziemi, ciało zaś może sięgnąć ku dającemu światło i przestrzeń niebu. Granica dzieląca ego i ciało została zniesiona, konflikt zażegnany, kolejna para przeciwieństw zespolona i odkryta głębsza jedność.
BIBLIOGRAFIA
Jest wiele znakomitych książek poświęconych różnym aspektom poziomu centaurycznego/egzystencjalnego. Szczególnie godne polecenia są Miłość i wola Roiło Maya (Poznań, 1993), On Becoming a Person Carla Rogersa (Boston, 1961) i The Denial of Death Ernesta Beckera (New York, 1973).Spośród metod terapii, działających na poziomie centaura, wyróżniają się trzy lub cztery. Hathajoga, metoda uświęcona wielowiekową tradycją, jest prosta, skuteczna i możliwa do samodzielnego opanowania. Patrz Swami Vishnudevananda, Complete lllustrated Book of Yoga (New York, 1972). Por. także Bubba Free John, Conscious Exercise and the Transcendental Sun (San Francisco, 1977).Znakomitą i dobrze opracowaną teoretycznie metodą jest terapia postaci: patrz Perls, Goodman i Hefferline, Gestalt Therapy (New York, 1951); Fritz Perls, Gestalt Therapy Verbatim (Lafayette, 1969). Szczególnie godna polecenia jest pierwsza z tych prac, która zawiera klasyczną już ekspozycję teoretyczną terapii postaci, lecz pomyślana jest również jako podręcznik do samodzielnej pracy nad sobą.Focusing E. T. Gendlina (New York, 1979) przedstawia wpływowy model terapii opartej na doświadczaniu, polegającej na „zanurzeniu w bieżący nurt psychofizjologiczny”. Niezwykle istotne są prace Masłowa, ale ponieważ ostatecznie przeszedł on na orientację transpersonalną, wymieniam je w następnym rozdziale.Bioenergetyka, znakomita terapia na poziomie centaura, łączy w sobie czynnik intelektualny z intensywnymi ćwiczeniami fizycznymi. Należy jednak wspomnieć, że niektórzy zwolennicy bioenergetyki popadają w gloryfikację ciała czy wręcz obsesję na punkcie cielesności, lekceważąc sferę ego i werbalizację. Tego rodzaju „terapii” należy unikać, chyba że stosowane są w połączeniu z terapią ego lub jako wstęp do terapii na poziomie centaura. Doskonałą równowagę pomiędzy elementami mentalnymi i fizycznymi zawsze zachowuje w swych pracach Alexander Lowen: patrz The Betrayal ofthe Body (New York, 1967) i Depression and the Body (Baltimore, 1973). Por. także Stanley Keleman, Your Body Speaks Its Mind (New York, 1975).

 


Poziom Trzeci……..
Ja Transcendentne……
Według Kena Wilberta…… 

Przechodząc od poziomu centaura ku transpersonalnym pasmom spektrum, pozostawiamy za sobą potoczny, zdroworozsądkowy obraz siebie i świata.  Wchodzimy w świat głębszy i wznioślejszy, zaczynamy dotykać świadomości, która odkrywa przed jednostką obszary znacznie wykraczające poza nią samą. Przy zachowaniu pewnej dyscypliny jednostka osiąga na tym poziomie świadomość, która pozwala na wniknięcie w bezmierny i subtelny świat transpersonalny.Niestety, tego rodzaju słowa budzą tylko zdziwienie u większości współczesnych, wykształconych mieszkańców Zachodu, ponieważ skutkiem anemiczności dzisiejszej religii w dużym stopniu utraciliśmy bezpośrednią i społecznie dostępną drogę do transcendencji. Przeciętna osoba słucha więc z niedowierzaniem, gdy jej powiedzieć, że w najgłębszym wnętrzu jej istoty tkwi transpersonalne ja-ja, które wykracza poza indywidualność jednostki i łączy ją ze światem transcendującym konwencjonalną przestrzeń i czas.Jest godne ubolewania, że my, mieszkańcy Zachodu, od kilku stuleci wykazujemy rosnącą skłonność do tłumienia transcendencji. Tłumienie to, powszechne, choć zarazem subtelne, jest bez wątpienia bardziej odpowiedzialne za dolegliwości naszej dzisiejszej, jakże nieszczęśliwej cywilizacji niż wszelkiego rodzaju tłumienie seksualizmu, wrogości, agresji czy inne powierzchowne tłumienia, które zachodzą na wyższych poziomach spektrum. Tłumienia na poziomie persony, ego i centaura, nawet najbardziej drastyczne, mają zbyt ograniczony zasięg, by nadawać ton całemu społeczeństwu, którego korzenie, choćbyśmy sobie z tego nie zdawali sprawy, zawsze tkwią w glebie transcendencji. Fakt ten zdołaliśmy jakoś kolektywnie usunąć z pola widzenia. Ponieważ jednak to, co stłumione, nigdy naprawdę nie ginie, lecz tylko leży uśpione, nabierając sił, lub też przenika na powierzchnię w innym przebraniu, widzimy dziś narastającą erupcję stłumionej transcendencji. Przyjmuje ona formę zainteresowania medytacją, poznaniem pozazmysłowym, jogą, religiami Wschodu, odmiennymi stanamiświadomości, biofeedbackiem czy stanami śmierci klinicznej. Ponieważ transcendencja była przez tak długi czas tłumiona, dzisiejsza jej erupcja przyjmuje niekiedy dziwaczne lub przesadne formy, takie jak czarna magia, okultyzm, nadużywanie środków halucynogennych czy kult guru.Mimo tego przełamania tabu na transcendencję większości mieszkańców Zachodu nadal z wielką trudnością przychodzi zrozumieć, że jest w nich coś, co autentycznie przekracza przestrzeń i czas, że jest w nich świadomość transcendująca jednostkę, a zatem wolna od osobistych problemów, napięć i lęków. Zamiast więc przejść bezpośrednio do omówienia transpersonalnej jaźni, chciałbym w formie wprowadzenia skrótowo przedstawić dzieło Carla Junga, najwybitniejszego ucznia Freuda. Dostarczy to niezbędnych informacji, które w wielu innych kulturach człowiek w takiej lub innej formie przyswaja sobie od chwili narodzin.Jung rozpoczął studia u Freuda na początku naszego stulecia. Chociaż Freud widział w nim jedynego kandydata na „następcę tronu”, w przeciągu dziesięciu lat Jung zerwał z nim z powodu różnic doktrynalnych. Po owym osławionym rozejściu się dróg, dwaj wielcy naukowcy już nigdy ze sobą nie rozmawiali. Niezgodność ich poglądów wywodziła się z faktu (wspomnianego w pierwszym rozdziale), że każdy psycholog badający jakiś konkretny poziom spektrum, zazwyczaj uznaje za realne wszystkie wyższe poziomy, lecz zaprzecza istnieniu poziomów głębszych od jego własnego. Głębsze poziomy uznaje za patologiczne, urojone lub nie istniejące.Freud ograniczył się w swych wybitnych i śmiałych badaniach do ego, persony i cienia, Jung zaś, w pełni uznawszy istnienie tych wyższych poziomów, zdołał rozszerzyć swe badania na pasma transpersonalne. Jung był pierwszym wybitnym psychologiem europejskim, który odkrył i zbadał istotne aspekty sfery transpersonalnej ludzkiej świadomości. Freud nie potrafił tego pojąć, ponieważ ograniczył się do wyższych poziomów, w związku z czym każdy z uczonych poszedł własną drogą.Lecz na co konkretnie natrafił Jung? Co takiego było w głębinach ludzkiej duszy, co wskazywało nieodparcie na sferę transpersonalną? W jaki sposób coś, co jest w osobie, może być również poza nią? Przede wszystkim Jung poświęcił ogromną ilość czasu na studiowanie mitów z całego świata — całych panteonów chińskich, egipskich, indiańskich, greckich, rzymskich, afrykańskich i hinduskich, bogów i bogiń, bóstw i demonów, totemów i animizmów, starożytnych symboli, obrazów i wątków mitologicznych. Junga zdumiało odkrycie, że te pierwotne obrazy mitologiczne niezaprzeczalnie pojawiały się również w snach i fantazjach współczesnych, cywilizowanych Europejczyków, z których ogromna większość nigdy się z tymi mitami nie zetknęła, a przynajmniej nie posiadała rozbudowanej i zdumiewająco precyzyjnej wiedzy mitologicznej, jaka się w tych snach objawiała. Informacji tej nie nabyli za życia, a zatem, rozumował Jung, te podstawowe wątki mitologiczne muszą stanowić wrodzone struktury, odziedziczone przez każdego członka rodzaju ludzkiego. Te prapierwotne obrazy, czyli archetypy Jak je ochrzcił Jung, są wspólne wszystkim ludziom. Nie należą do żadnej poszczególnej jednostki, są ponadindywidualne, zbiorowe, transcendentne.Jest to wiarygodna hipoteza, szczególnie jeżeli starannie przestudiuje się całe tomy danych pieczołowicie zgromadzonych przez Junga. Na takiej samej zasadzie, na jakiej każda osoba posiada jedno serce, dwie nerki, dziesięć palców u rąk, cztery kończyny i tak dalej — każdy mózg zawiera być może uniwersalne formy s y m b o l i c z n e , istotowo identyczne we wszystkich ludzkich mózgach. Przez miliony lat ewolucji ludzki umysł z konieczności wytworzył pewne podstawowe (i w tym sensie mitologiczne) sposoby postrzegania i ujmowania rzeczywistości, tak samo jak dłonie ewoluowały, aby skutecznie ujmować fizyczne przedmioty. Te podstawowe sposoby ujmowania rzeczywistości w sposób wyobrażeniowy, mitologiczny, to archetypy, a ponieważ podstawowa struktura każdego mózgu ludzkiego jest podobna, każda osoba mieści w sobie te same podstawowe archetypy mitologiczne. Ponieważ ich wspólność wynika z samej przynależności do rodzaju ludzkiego, Jung nazwał tę głęboką warstwę psyche zbiorową nieświadomością. Ten element psychiki nie jest zatem indywidualny czy osobisty, lecz ponadindywidualny, transpersonalny, transcendentny. W głębi istoty każdej osoby ludzkiej tkwi mitologia transcendencji, a lekceważenie tej potężnej warstwy psyche prowadzi do zgubnych konsekwencji.Pewne części świadomości (odpowiadające poziomom persony, ego i centaura) zawierają osobiste wspomnienia, osobiste pragnienia, idee, doświadczenia i możliwości. Jednakże głębsza sfera tkwiącej w jaźni nieświadomości zbiorowej nie zawiera nic osobistego. Mieści natomiast motywy zbiorowe, wspólne dla całego rodzaju ludzkiego — wszyscy bogowie i boginie, bóstwa i demony, bohaterowie i czarne charaktery, utrwalone w mitologiach starożytności, są zawarte w postaci skondensowanej w głębinach twej istoty. Zdaniem Junga żyją one w tobie niezależnie od twej wiedzy i nadal są źródłem głębokich poruszeń, zarówno twórczych, jak i destruktywnych.Celem niektórych typów terapii transpersonalnej, na przykład analizy Jungowskiej, jest zatem pomoc w świadomym uznaniu, obłaskawieniu i wykorzystaniu tych potężnych mocy, abyśmy nie musieli dawać im się nieświadomie manipulować wbrew naszej woli. W tym szczególnym sensie oznacza to, że musimy nauczyć się żyć mitologicznie. Stwierdzenie to wielu osobom wyda się dziwne, ponieważ my, współcześni, traktujemy niezwykle podejrzliwie wszystko, co trąci mitologią. W naszej kulturze słowo „mit” funkcjonuje przede wszystkim na oznaczenie nieprawdy, wybujałej fantazji lub myślenia życzeniowego. Takie użycie tego słowa jest oczywiście dopuszczalne, lecz tutaj posługujemy się nim w zupełnie innym znaczeniu. Żyć mitologicznie to zacząć ujmować transcendencję, ujrzeć ją żywą w sobie, w swym życiu, w swej pracy, w swych znajomych i otoczeniu. Mitologia otwiera nas na świat transcendencji. Jak powiedział Coomaraswamy, formuła: „Dawno, dawno temu”*, rozpoczynająca wszystkie bajki, znaczy raczej: „Kiedyś poza czasem”, a w samej opowieści zawieszone zostają przestrzeń i czas, nie obowiązują żadne reguły i wszystko jest możliwe. Ponieważ zaś rzeczywisty świat jest nie podzielony, pozbawiony granic, język i obrazowanie mitologii są znacznie bliższe rzeczywistości niż linearna logika i abstrakcyjne myślenie. Mitologia zaczyna przekraczać granice — przestrzenne i czasowe — oraz wszelkie przeciwieństwa — i już z tej przyczyny świadomość mitologiczna znajduje się o krok bliżej do rzeczywistego świata „takości”.* W jęz. ang. dosłownie „kiedyś w czasie”.A zatem żyć mitologicznie to zacząć się otwierać na bezmierny świat Niepodzielonego. Nie oznacza to jednak, że opuszczamy konwencjonalny świat granic i uciekamy w mityczne fantazje (stan bardzo niebezpieczny). Oznacza to jedynie, że otwieramy się na mityczną transcendencję i wprowadzamy tę świadomość do konwencjonalnego świata: istnienie odradza się, gdyż na powrót czerpie siły witalne ze źródła znacznie głębszego niż ono samo.Postulat światopoglądu mitologicznego nie jest wcale księżycowy. Zdaniem Junga te mitologiczne obrazy, czyli archetypy, są bowiem już obecne w każdej osobie i mogą się uaktywnić w każdej sytuacji, która odpowiada poszczególnemu archetypowi. Archetypowy obraz wywiera wtedy wpływ na zachowanie, czasem znikomy, czasem graniczący z całkowitym opętaniem. Archetypy mogą się również objawić w snach, marzeniach, twórczości i halucynacjach.Możesz na przykład mieć „osiowy” sen, którego centralnym obrazem jest sfinks, gorgona, wielki wąż, skrzydlaty koń, czy też inny mitologiczny stwór. Studiując mitologię starożytną, możesz się bez problemu dowiedzieć, co te obrazy znaczyły dla rodzaju ludzkiego jako całości, odkrywając tym samym, co te obrazy znaczą dla tkwiącej w tobie samym zbiorowej nieświadomości. Jeżeli włączysz to znaczenie do świadomości, archetyp przestaje sprawować nad tobą kontrolę. Skorupa świadomości na poziomie ego lub centaura zacznie się wtedy użyźniać, pozwalając na rozkwit transcendencji, rozkwit procesów, które przekraczają twoje życie osobiste, lecz są zarazem aspektami twego głębszego ja.Przyjrzyjmy się teraz dokładnie, w kontekście świadomości mitologicznej, w jaki sposób może przebiegać ten proces przechodzenia do głębszego ja — ja transpersonalnego. Gdy jednostka zaczyna się zastanawiać nad swym życiem i spoglądać na nie przez pryzmat archetypów i obrazów mitologicznych wspólnych dla całej ludzkości, w jej świadomości może nastąpić przesunięcie ku bardziej uniwersalnej perspektywie. Patrzy na siebie nie własnymi oczami, które cierpią na wiele uprzedzeń, lecz oczami zbiorowego ducha ludzkiego — zaiste, zupełnie inne spojrzenie! Jednostka przestaje się trzymać wyłącznie swego własnego punktu widzenia. Jeżeli ten proces ulegnie odpowiedniemu przyspieszeniu, tożsamość jednostki — jej ja — rozszerza się niepomiernie, jej dusza zaś nasyca się głębią. Nie utożsamia się już wyłącznie z ego lub centaurem, więc nie dusi się już w osobistych problemach. Na swe jednostkowe troski może spojrzeć z twórczego oddalenia, zdając sobie sprawę, że głębsze ja transcenduje problemy, które napotyka jej osobiste ja, i pozostaje nienaruszone, wolne i otwarte. Odkrywa w sobie, z początku z niedowierzaniem, później z rosnącą pewnością, ciche źródło wewnętrznej siły, które trwa nieporuszone, jak głębiny oceanu, choć na powierzchni świadomości przetaczają się fale bólu, lęku i rozpaczy.Odkrycie, w takiej lub innej formie, transcendentnej jaźni jest najważniejszym celem wszystkich terapii i praktyk duchowych, należących do pasma transpersonalnego. Metoda mitologiczna, którą omawialiśmy powyżej, w żadnym wypadku nie jest jedyną drogą do transcendentnego j a. Na każdym poziomie spektrum istnieje wiele metod, jednostka zaś często musi trochę poeksperymentować, aby stwierdzić, która z metod jest dla niej najlepsza. Zatrzymałem się na mitologii jako wygodnym wprowadzeniu w sferę transpersonalną, lecz droga ściśle mitologiczna jest żmudna i zwykle wymaga fachowego przewodnika, który przeprowadzi cię przez ogromny labirynt mitologii światowych i twe własne archetypowe nawarstwienia.Istnieją prostsze drogi do transcendentnego ja, niekoniecznie krótsze czy łatwiejsze, lecz znacznie mniej subtelne i skomplikowane. Jednostka może wyruszyć w podróż samotnie, nie kierując się niczyimi wskazówkami. Zajmiemy się teraz tymi drogami.Najpierw zanotuj w pamięci szeroko pojęte cechy charakterystyczne transcendentnego ja: jest to rozległe centrum świadomości twórczo oderwane od osobistego umysłu, ciała, emocji, myśli i odczuć. Jeżeli pragniesz zacząć pracować nad intuicyjnym doznaniem w sobie transcendentnego ja, oto instrukcja postępowania:Przez dwie lub trzy minuty skup się na opisanej w ostatnim rozdziale świadomości centaura (będziesz wtedy mniej więcej w kontakcie z poziomem centaura, a zarazem bliżej leżącego poniżej pasma transpersonalnego). Potem zacznij powoli i bezgłośnie recytować poniższy tekst, starając się jak najintensywniej odczuć znaczenie każdego z zawartych tam stwierdzeń:Posiadam ciało, lecz nie j e s t e m mym ciałem. Widzę i czuję moje ciało, a to, co można zobaczyć i odczuć, nie jest prawdziwym widzącym. Moje ciało może być zmęczone lub podekscytowane, ciężkie lub lekkie, lecz to nie ma nic wspólnego z moim wewnętrznym ja. Posiadam ciało, lecz nie jestem mym ciałem. P o s i a d a m pragnienia, lecz nie j e s t e m mymi pragnieniami. Poznaję swe emocje, a co może być poznane, nie jest prawdziwym poznającym. Pragnienia przychodzą i odchodzą, przemykając przez mą świadomość, lecz nie mają wpływu na moje wewnętrzne ja. Posiadam pragnienia, lecz nie jestem mymi pragnieniami. Posiadam emocje, lecz nie j e s t e m mymi emocjami. Odczuwam me emocje i doznaję ich, a co może być odczute i doznane, nie jest prawdziwym odczuwającym. Emocje przechodzą przeze mnie, lecz nie mają wpływu na moje wewnętrzne ja. Posiadam emocje, lecz nie jestem mymi emocjami.Posiadam myśli, lecz nie jestem mymi myślami. Mogę poznać i doświadczyć intuicyjnie moich myśli, a co może być poznane, nie jest prawdziwym poznającym. Myśli przychodzą do mnie i opuszczają mnie, lecz nie mają wpływu na moje wewnętrzne ja. Posiadam myśli, lecz nie jestem mymi myślami.Co uczyniwszy — być może kilka razy — należy następnie zadeklarować, tak konkretnie, jak to tylko możliwe: jestem tym, co pozostaje po tej eliminacji — czystym rdzeniem świadomości, nieporuszonym obserwatorem tych wszystkich myśli, emocji, uczuć i pragnień.Jeżeli będziesz wytrwale powtarzał to ćwiczenie, zawarte w nim zrozumienie będzie narastać i być może zaczniesz dostrzegać fundamentalne zmiany w twoim poczuciu własnego ja. Być może zaczniesz na przykład doznawać głębokiego wewnętrznego poczucia wolności, lekkości, swobody, trwałości. To źródło, to oko cyklonu pozostanie przejrzyste i nieruchome nawet podczas gwałtownych wichrów lęku i cierpienia, dmiących wokół centrum. Odkrycie tego czystego rdzenia świadomości przypomina ucieczkę od śmiertelnie niebezpiecznych fal na powierzchni oceanu w spokojne i dające schronienie głębiny przydenne. Z początku być może uda ci się zanurkować tylko kilka stóp pod powierzchnię wzburzonych fal emocji, lecz jeżeli będziesz wytrwały, zyskasz zdolność zanurzania się w zaciszne głębiny swej duszy po to, by leżąc wyciągnięty na dnie, spoglądać czujnie, lecz z dystansem, na zawirowania, z których kiedyś nie umiałeś się wyrwać.Mówimy tutaj o ja transpersonalnym lub obserwatorze — nie dotarliśmy jeszcze do czystej świadomości jedynej. W świadomości jedynej transpersonalny obserwator rozpada się na wszystko, co obserwowane. Zanim do tego dojdzie, trzeba najpierw odkryć transpersonalnego obserwatora, który posłuży za trampolinę do świadomości jedynej. Ten rozdział jest poświęcony obserwatorowi, następny zaś jego rozpadowi na Niepodzielone. Transpersonalnego obserwatora znajdziemy zaś poprzez dezidentyfikację ze wszystkimi poszczególnymi przedmiotami—mentalnymi, emocjonalnymi i fizycznymi — czyli poprzez ich transcendencję.Jeżeli rzeczywiście zdasz sobie sprawę, że nie jesteś — na przykład — twoimi lękami, lęki te przestają być dla ciebie zagrożeniem. Nawet jeżeli lęk jest nadal obecny, już cię nie paraliżuje, ponieważ nie jesteś z nim nierozerwalnie związany. Przestajesz z nim walczyć, opierać się mu, uciekać przed nim. Czujesz się w radykalny sposób pogodzony ze swym lękiem i pozwalasz mu się poruszać wedle jego woli. Nic nie tracisz ani nie zyskujesz na jego obecności lub nieobecności, ponieważ po prostu przyglądasz się, jak przychodzi i odchodzi.A zatem jeżeli jakaś emocja, doznanie, myśl, wspomnienie lub doświadczenie cię boli, to tylko dlatego, że się z nim całkowicie utożsamiasz. Możesz raz na zawsze usunąć ból poprzez „od-tożsamienie się” ze swymi emocjami, doznaniami itd. Odsuwasz je od siebie, zdając sobie sprawę, że nie są tobą — ponieważ je widzisz, nie mogą być prawdziwym widzącym i podmiotem. Ponieważ nie są twym prawdziwym ja, nie ma żadnego powodu, byś się z nimi utożsamiał, zatrzymywał je przy sobie i pozwalał, by krępowały twoje ja.Poddając się tej terapii dyzidentyfikującej, powoli zaczniesz stwierdzać, że całe twoje jednostkowe ja (persona, ego, centaur), którego przedtem z takim wysiłkiem broniłeś i które otaczałeś opieką, stopniowo staje się przezroczyste i zanika. Oczywiście nie dosłownie — możesz się nie obawiać, że ubezcieleśniony uniesiesz się w przestrzeń. Zaczniesz jednak odczuwać, żęto, co się przytrafia twemu własnemu ja—twoje życzenia, nadzieje, pragnienia, cierpienia — nie jest sprawą najwyższej wagi, ponieważ tkwi w tobie głębsze i bardziej podstawowe ja, którego nie dotykają te poboczne zawirowania, te powierzchniowe fale, które robią wiele hałasu, lecz są obdarzone jedynie kruchym i chwilowym istnieniem.A zatem twoje własne ciało i umysł mogą cierpieć ból, upokorzenie lub lęk, lecz dopóki trwasz jako obserwator tych stanów, nie zagrażają już tobie, toteż nie ma więcej potrzeby, abyś nimi manipulował, zmagał się z nimi lub starał się je stłumić. Ponieważ potrafisz je bezstronnie obserwować, jesteś wobec nich transcendentny. Jak to ujął Akwinata: „To, co możemy poznać, nie może się znajdować w naszej własnej naturze”. A zatem gdyby oko było zabarwione na czerwono, nie mogłoby postrzegać czerwonych przedmiotów. Widzi je dlatego, że jest przezroczyste, a zatem „bez-czerwone”. Na podobnej zasadzie, jeżeli potrafimy tylko przyglądać się naszym boleściom, jesteśmy „bez-boleściwi”, wolni od obserwowanych udręczeń. Ta wewnętrzność, która postrzega ból, sama jest bez bólu; to, co postrzega lęk, samo jest bez lęku; to, co postrzega napięcie, samo jest bez napięcia. Obserwować te stany to być wobec nich transcendentnym. Nie zajdą cię już od tyłu, ponieważ patrzysz im prosto w twarz.Możemy zatem zrozumieć, dlaczego Pantańdżali, hinduski kodyfikator jogi, powiedział, że niewiedza to utożsamienie się widzącego z narządami widzenia. Za każdym razem, gdy utożsamiamy się wyłącznie z naszą personą, ego, ciałem lub centaurem, wszystko, co zagraża ich istnieniu lub normom, wydaje się zagrażać naszemu ja. A zatem wszelkie przywiązanie do myśli, doznań, odczuć i przeżyć jest tylko kolejnym ogniwem łańcucha, którym sami siebie skuwamy.We wszystkich poprzednich rozdziałach mówiliśmy o terapii jako o poszerzaniu tożsamości, lecz teraz, ni stąd, ni zowąd, mówimy o odtożsamianiu. Czy to nie sprzeczność? W istocie są to dwa różne sposoby mówienia o tym samym procesie. Spójrz jeszcze raz na rys. 1 i zwróć uwagę, powiedzmy, na przejście z poziomu persony na poziom ego. Podczas tego przejścia zdarzyły się dwie rzeczy. Po pierwsze, jednostka u t o ż s a m i ł a się ze swym cieniem. Po drugie jednak, p r z e s t a ł a się utożsamiać z personą, zerwała z wyłącznym do niej przywiązaniem. Jej nowa tożsamość, czyli ego, jest synergetycznym połączeniem persony i cienia. Z kolei przy przejściu na poziom centaura jednostka rozszerza swą tożsamość na ciało, lecz jednocześnie kończy z wyłącznym utożsamieniem się z ego. Za każdym razem nie tylko osiągamy nową, rozleglejszą tożsamość, ale i likwidujemy starą, węższą. Na tej samej zasadzie przechodzimy do szerszego utożsamienia z ja transpersonalnym poprzez zniesienie węższego utożsamienia wyłącznie z centaurem. Odtożsamiamy się z centaurem, lecz poprzez pogłębienie i poszerzenie naszej tożsamości.A zatem gdy zaczynamy dotykać transpersonalnego obserwatora, stopniowo opuszczają nas ściśle osobiste problemy, zmartwienia i troski. Co więcej (jest to cały klucz do większości terapii w paśmie transpersonalnym), nie staramy się nawet rozwiązać naszych problemów i bolączek, co byśmy z pewnością uczynili — i słusznie — na poziomie persony, ego i centaura. Jedyne bowiem, co nas tutaj obchodzi, to obserwacja naszych poszczególnych bolączek, zwyczajna ich świadomość, przestajemy zaś je oceniać, usprawiedliwiać, dramatyzować, unikać ich czy pracować nad nimi. Gdy powstaje w nas jakieś odczucie czy dążność, obserwujemy je. Gdy rodzi się w nas nienawiść do tego odczucia, obserwujemy tę nienawiść. Gdy rodzi się nienawiść do tej nienawiści, obserwujemy tę nową nienawiść. Nie trzeba nic robić, lecz jeżeli zrodzi się czyn, obserwujemy czyn. Trwamy jako „nie wyrokująca świadomość” pośród wszystkich problemów. Jest to możliwe, dopiero gdy zrozumiemy, że żaden z tych problemów nie stanowi naszego prawdziwego ja. Dopóki będziemy do nich przywiązani, nie unikniemy wysiłków, choćby bardzo subtelnych, by tymi problemami manipulować. Zrozumiawszy, że nie stanowią one istoty naszego ja, nie obrzucamy naszych problemów wyzwiskami, nie mamy im za złe, nie odrzucamy ich ani im nie folgujemy. Każdy ruch, który wykonujemy, aby rozwiązać jakiś problem, tylko wzmacnia złudzenie, że jesteśmy tym problemem. A zatem próba ucieczki od problemu tylko go utrwala. Uciążliwy jest nie tyle sam problem, ile przywiązanie do niego. Utożsamiamy się z nim i jedynie tu leży prawdziwa trudność.Zamiast walczyć z problemem, musimy przyjąć wobec niego postawę naiwnej bezstronności. Mistycy i mędrcy chętnie przyrównują ten stan obserwacji do zwierciadła. Zrodzone w nas doznania i myśli po prostu odbijamy jak zwierciadło, nie chwytając ich ani nie odrzucając, tak samo jak lustro doskonale i bezstronnie odbija wszystko, co przed nim przechodzi. Czuang Tsy mówi: „Człowiek doskonały posługuje się swym umysłem jak zwierciadłem. Zwierciadło niczego nie chwyta, niczego nie odrzuca; przyjmuje, lecz nie zatrzymuje”.Jeżeli z powodzeniem rozwiniesz w sobie ten typ obserwacji z dystansu (wymaga to czasu), będziesz mógł się przyglądać zdarzeniom, zachodzącym w twym ciele i umyśle, z taką samą bezstronnością, z jaką patrzysz na sunące po niebie obłoki, płynącą w rzece wodę, skapujący z dachu deszcz i wszelkie inne zjawiska w polu twej świadomości. Innymi słowy, twoja relacja wobec twego ciała i umysłu staje się taka sama, jak twoja relacja wobec wszelkich innych przedmiotów. Dotychczas posługiwałeś się swoim ciałem i umysłem jako narządami postrzegania świata, skutkiem czego byłeś do nich przywiązany i skrępowany ich ograniczoną perspektywą. Całkowicie się z nimi utożsamiałeś, toteż ich problemy, bolączki i niepokoje były częścią ciebie samego. Jednak przyglądając się wytrwale swemu ciału i umysłowi, zdajesz sobie sprawę, że są one tylko przedmiotami świadomości, przedmiotami postrzegania transpersonalnego obserwatora. „Posiadam umysł, ciało i emocje, ale nie j e s t e m umysłem, ciałem i emocjami”.Ważne jest, aby to zadeklarować, ponieważ nawet po całkowitym przejściu na poziom świadomości transpersonalnej nie tracimy dostępu do wyższych poziomów spektrum i kontroli nad nimi. Przypomnij sobie, że gdy jednostka przechodzi od wyłącznego utożsamienia z personą do pełniejszego i bardziej zgodnego z rzeczywistością utożsamienia z całym ego, nie traci dostępu do persony — tyle że już nie jest na nią skazana. Zachowuje możliwość wystawienia persony na widok publiczny, aby przypodobać się światu lub obronić się przed nim. Nie jest już jednak na stałe zakotwiczona w tej roli. Dawniej nie mogła się pozbyć tej fasady ani wobec innych, ani — i tu leży problem — wobec siebie. Teraz może skorzystać z persony lub nie, zależnie od okoliczności i własnej decyzji. Jeżeli postanowi „pokazać się z dobrej strony”, czyli wystąpić jako persona, wtedy przez jakiś czas świadomie ukrywa cień, nie okazując swych negatywnych aspektów. Nadal jednak ma je w świadomości, a więc ich nie projektuje. Sama w sobie persona nie stanowi zatem problemu — chyba że nie posiadasz żadnego innego ja. Przy przechodzeniu z poziomu persony na poziom ego rozkładowi ulega nie cień czy persona, lecz stwarzająca konflikt granica pomiędzy nimi.Analogicznie — kiedy przechodzisz z poziomu ego na poziom centaura, nie niszczysz ego ani ciała, lecz tylko dzielącą je granicę. Z poziomu centaura nadal posiadasz dostęp do ego, ciała, persony i cienia. Ponieważ jednak nie utożsamiasz się wyłącznie z jednym z tych elementów na niekorzyść innych, są ze sobą harmonijnie zestrojone. Zawarłeś przyjaźń z nimi wszystkimi i dotknąłeś każdego akceptujące Nie istnieją pomiędzy nimi granice nie do przejścia, czyli nie ma powodu do poważniejszych konfliktów.Analogicznie — kiedy wejdziesz w kontakt z transpersonalną jaźnią, nadal posiadasz dostęp do wszystkich poziomów znajdujących się powyżej. Poziomy te już cię jednak nie krępują i nie ograniczają. Stają się narzędziem, a nie istotą twego ja. Twórcze przekroczenie wyłącznej identyfikacji z organizmem nie oznacza zatem bynajmniej, że człowiek przestaje się troszczyć o swój organizm. Nie przestaje jeść, żyć itd. Faktycznie następuje coś wręcz przeciwnego. Człowiek przybiera bardziej troskliwą i akceptującą postawę wobec swego organizmu. Ponieważ organizm już go nie ogranicza, przestaje sprawiać wrażenie więzienia. Człowiek przestaje trwonić energię na tłumiony gniew i nienawiść wobec swego własnego organizmu. Organizm jako całość staje się bez reszty akceptowanym uzewnętrznieniem transpersonalnej jaźni.Jak wspomnieliśmy wcześniej, z perspektywy transpersonalnego obserwatora zaczynamy spoglądać na organizm w taki sam sposób, jak na wszelkie inne przedmioty świadomości, którymi mogą być stół, drzewo, pies lub samochód. Można odnieść wrażenie, że traktujemy wtedy nasz organizm z lekceważeniem, jakie niekiedy okazujemy otoczeniu. Faktycznie jednak mechanizm jest odwrotny: zaczynamy traktować wszystkie przedmioty z otoczenia tak, jakby należały do naszego ja. Postawa ta jest wyrazem intuicji, mówiącej, że świat jest w istocie naszym ciałem i tak też powinien być traktowany. Z tego rodzaju transpersonalnej intuicji wywodzi się często podkreślane przez mistyków wszechwspółczucie. Jest to inny porządek współczucia czy miłości od tego, jaki znajdujemy na poziomie persony, ego czy centaura. Na poziomie transpersonalnym kochamy innych nie dlatego, że oni nas kochają, utwierdzają w poczuciu własnej wartości, odzwierciedlają nasze cechy czy podtrzymują nasze złudzenia, lecz dlatego, że jesteśmy tym samym. Najważniejsza nauka Chrystusa nie brzmi: „Kochaj bliźniego swego tak, jak kochasz siebie samego”, lecz: „Kochaj bliźniego swego jako siebie samego”. I to nie tylko bliźniego, lecz całe otoczenie. Zaczynasz się troszczyć o wszystko, co jest wokół ciebie, jak o swoje własne ramiona i nogi. Pamiętaj, że na tym poziomie twoja relacja wobec otoczenia jest taka sama jak twoja relacja wobec twego własnego organizmu.Na poziomie transpersonalnego obserwatora, archetypowej jaźni, odzyskasz być może fundamentalną intuicję, której prawdopodobnie doznawałeś jako dziecko, a mianowicie, że ponieważ świadomość przekracza pojedynczy organizm: 1) jest jedna, 2) jest nieśmiertelna.Niemal każde dziecko zastanawia się w którymś momencie: „Jaki bym był, gdybym miał innych rodziców?” Innymi słowy, w sposób bardzo naiwny i nieartykułowany dziecko zdaje sobie sprawę, że świadomość (ten wewnętrzny obserwator czy poczucie własnego ja) nie jest ograniczona do poszczególnych form zewnętrznych umysłu i ciała, które ożywia. Każde dziecko zdaje się wyczuwać, że nadal byłoby sobą, • nawet gdyby miało innych rodziców i inne ciało. Dziecko wie, że inaczej by się zachowywało i inaczej by wyglądało, lecz nadal pozostałoby jakimś ja („Posiadam umysł, ciało i emocje, ale nie jestem umysłem, ciałem i emocjami”). Dziecko zadaje to pytanie — „Czy nadal byłbym sobą, gdybym miał innych rodziców?” — ponieważ chce, aby rodzice mu wytłumaczyli tę transcendentność świadomości, tę intuicję, że nawet gdyby miało innych rodziców, poczucie własnego ja by pozostało. Rodzice przypuszczalnie już dawno zapomnieli o swojej transpersonalnej jaźni, toteż nie potrafią udzielić dziecku zadowalającej odpowiedzi. Przez moment jednak większość rodziców jest zaskoczona, ponieważ wyczuwa, że chodzi tu o coś niezwykle ważnego, czego nie mogą sobie do końca przypomnieć…Każdy, kto zaczyna doznawać głębokiej intuicji transpersonalnej jaźni, być może zda sobie sprawę, że istnieje tylko jedno ja, przyjmujące te wszystkie różne formy zewnętrzne, ponieważ wszyscy posiadamy identyczną intuicję tej samej przekraczającej ciało świadomości. Świadomość ta — to nie podzielone ja — nie mieści się w umyśle ani ciele, a zatem jest istotowo jedna i ta sama we wszystkich świadomych bytach. Tak samo jak przy przejściu z pokoju do pokoju nie zachodzą żadne fundamentalne zmiany w poczuciu własnego ja, nie byłoby ono zasadniczo odmienne, gdyby dana osoba zamieszkała w innym ciele, z innymi wspomnieniami i doznaniami. Jest obserwatorem tych przedmiotów, lecz nie jest do nich przywiązana.Intuicja transcendentnego ja, przekraczającego jednostkowy organizm, niesie ze sobą również intuicję nieśmiertelności. Większość ludzi żywi wewnętrzne poczucie, że są nieśmiertelni. Nie potrafią sobie wyobrazić własnego nieistnienia. Nikt nie potrafi! Jednakże przeciętna osoba, żyjąca jako centaur, ego lub persona, głęboko pragnie — i sądzi, że to możliwe — aby żyło wiecznie jej indywidualne ja. Tymczasem to nieprawda, że umysł, ego i ciało są nieśmiertelne. Jak wszystkie byty złożone, ulegną śmierci. Już teraz umierają i żadne z nich nie przetrwa na wieczność. Reinkarnacja nie oznacza, że twoje ego wciela się w kolejne istnienia, lecz że transcendentna jaźń jest „jedynym transmigrującym”, jak to ujął Siankara.W pewnym sensie musimy zatem „umrzeć” dla naszego fałszywego, odrębnego ja, aby się przebudzić dla ja nieśmiertelnego, transcendentnego. Stąd słynny paradoks: „Jeżeli umrzesz, zanim umrzesz, nie umrzesz, kiedy umrzesz”, czy powiedzenie mistyków, że „Nikt nie ma tyle z Boga, co człowiek do cna martwy”. Dlatego też wiele osób wytrwale praktykujących jakąś formę terapii transpersonalnej twierdzi, że nie boi się już śmierci.Spróbujmy przyjrzeć się tej podstawowej intuicji mistyków i mędrców — że istnieje tylko jedno, wspólne nam wszystkim nieśmiertelne ja—z jeszcze innej perspektywy. Jak większość ludzi czujesz zapewne, że jesteś zasadniczo tą samą osobą, którą byłeś wczoraj. Przypuszczalnie czujesz nawet, że jesteś zasadniczo tą samą osobą, którą byłeś rok temu i w ogóle dokąd sięgasz pamięcią. Innymi słowy: nie pamiętasz okresu, w którym nie byłeś sobą. A zatem jest w tobie coś, co wydaje się nie naruszone upływem czasu. A przecież twoje ciało z pewnością nie jest już takie samo jak rok temu. Twoje doznania są dziś inne niż w przeszłości. Twoje wspomnienia są, ogólnie rzecz biorąc, inne niż kilkanaście lat temu. Twój umysł, twoje ciało, twoje doznania — wszystko się zmieniło z upływem czasu. Coś jednak pozostało nie zmienione. Bardzo mocno to odczuwasz. Co to jest?Rok temu o tej samej porze byłeś zajęty czym innym i miałeś zasadniczo odmienne problemy. Twoje bezpośrednie doznania były inne, podobnie jak twoje myśli. Wszystko to rozwiało się, lecz coś w tobie przetrwało. Pójdźmy o krok dalej. Co by było, gdybyś się przeniósł do innego kraju, miał innych przyjaciół, inne otoczenie, inne przeżycia, inne myśli? To zasadnicze wewnętrzne poczucie własnego ja by przetrwało. Pójdźmy jeszcze dalej: co by było, gdybyś zapomniał pierwsze dziesięć, piętnaście, dwadzieścia lat swego życia? Przecież nie zatraciłbyś chyba tego wewnętrznego poczucia własnego ja? Jeżeli w tej chwili na jakiś czas zapomniałbyś wszystko, co zdarzyło się w twojej przeszłości, i odczuwałbyś tylko tę czystą świadomość swego ja — czy cokolwiek by się naprawdę zmieniło?Reasumując, istnieje w tobie coś — to głębokie wewnętrzne ja— które nie jest wspomnieniem, myślą, umysłem, ciałem, doświadczeniem, otoczeniem, doznaniem, konfliktem, wrażeniem lub nastrojem. Wszystkie bowiem te rzeczy się zmieniły i będą się gruntownie zmieniać, nie wywierając wpływu na to wewnętrzne ja. Właśnie to — transpersonalny obserwator i transcendentne ja—pozostaje nie naruszone upływem czasu.Czy tak trudno jest zatem zdać sobie sprawę, że każda świadoma istota posiada to samo wewnętrzne ja? Czyli że całkowita liczba transcendentnych ja wynosi jeden? Wykazaliśmy już, że gdybyś miał inne ciało, odczuwałbyś zasadniczo to samo ja — ale przecież to samo czują w tej chwili wszyscy ludzie na świecie. Czy nie jest równie łatwo powiedzieć, że istnieje tylko jedno ja, przybierające różne poglądy, różne wspomnienia, różne doznania i odczucia?I to nie tylko teraz, lecz zawsze, w przeszłości i przyszłości. Ponieważ bez wątpienia czujesz (choć twoje wspomnienia, umysł i ciało są inne), że jesteś tą samą osobą co dwadzieścia lat temu (nie tym samym ego czy ciałem, lecz tym samym ja), czy nie mógłbyś być tym samym ja sprzed dwustu lat? Jeżeli ja nie zależy od wspomnień, ciała i umysłu, czy w takim stwierdzeniu jest coś niedorzecznego? Mówiąc słowami fizyka Schrödingera: „Nie jest możliwe, aby ta jedność wiedzy, uczuć i postanowień, które nazywasz swymi w ł a s n y m i , powstała do istnienia z nicości w określonym, stosunkowo niedawnym momencie czasu. Ta wiedza, uczucia i postanowienia są wieczne, niezmienne i liczbowo równe j e d n o ś c i u wszystkich ludzi, ba, u wszystkich bytów czujących. Warunki twego istnienia są niemal równie długowieczne jak kamienie. Przez tysiące lat ludzie walczyli z losem i cierpieli, mężczyźni płodzili, kobiety zaś rodziły w bólach. Może sto lat temu na tym miejscu siedział inny człowiek; tak jak ty z trwogą i tęsknotą w sercu spoglądał na gasnący blask lodowców. Jak ty spłodzony był z mężczyzny i zrodzony z kobiety. Jak ty odczuwał ból i przelotną radość. Czy był kimś innym? Czy to nie ty sam byłeś tutaj?”No tak, mówimy, ale to nie mogłem być ja, bo nie pamiętam, co się wtedy działo. Popełniamy jednak błąd, utożsamiając jaźń ze wspomnieniami, a przecież dopiero co się przekonaliśmy, że jaźń nie jest wspomnieniem, lecz obserwatorem wspomnień. Poza tym nie pamiętasz zapewne, co się z tobą działo miesiąc temu, a przecież nie utraciłeś swego ja. Cóż więc z tego, że nie pamiętasz, co się działo w ubiegłym stuleciu? Nadal jesteś transcendentnym ja, a to ja — w całym kosmosie istnieje tylko jedno — budzi się identyczne w każdej nowo narodzonej istocie; to samo ja emanowało z naszych przodków i będzie emanować z naszych potomków. Nasze poczucie, że różnimy się od siebie nawzajem, wynika tylko z błędnego utożsamiania wewnętrznego, transpersonalnego ja z zewnętrzną, jednostkową pamięcią, umysłem i ciałem, które rzeczywiście są różne.Ale to wewnętrzne ja… co to właściwie jest? Nie narodziło się wraz z twym ciałem, nie umrze wraz z nim. Nie uznaje czasu i nie spełnia jego zachcianek. Nie posiada barwy, kształtu ani wymiarów, a jednak uwidacznia twym oczom cały majestat bytu. Widzi słońce, obłoki, gwiazdy i księżyc, choć samo nie może być widziane. Słyszy ptaki, świerszcze i śpiew kaskady, lecz samo nie może być słyszane. Ujmuje spadający liść, porowaty kamień, gruzłowatą gałąź, lecz samo nie może być ujęte.Nie musisz się starać zobaczyć swego transcendentnego ja, co zresztą i tak jest niemożliwe. Czy twoje oko może zobaczyć samo siebie? Wystarczy, że konsekwentnie wyzbędziesz się fałszywych utożsamień ze swymi wspomnieniami, umysłem, ciałem, emocjami i myślami. To wyzbycie się nie wymaga nadludzkiego wysiłku ani teoretycznego zrozumienia. Wystarczy pojąć tylko jedno: cokolwiek widzisz, nie jesteś widzącym. Wszystko, co wiesz o sobie, nie jest tobą, poznającym, wewnętrznym ja, którego nie da się postrzec, zdefiniować czy w jakikolwiek sposób ująć przedmiotowo. Zniewolenie to nic innego jak błędne utożsamienie widzącego z wszystkim tym, co może być widziane. Przezwyciężyć ten błąd to postawić pierwszy krok ku wyzwoleniu.Za każdym razem, gdy utożsamiasz się z jakimś problemem, zmartwieniem, stanem umysłu, wspomnieniem, pragnieniem, doznaniem cielesnym lub emocją — wtrącasz się w niewolę, ograniczenie, strach i ostatecznie śmierć. Wszystkie te rzeczy mogą być widziane, a zatem nie są widzącym.Aby zaś trwać jako widzący, obserwator, transpersonalne ja, trzeba stanąć poza ograniczeniami i problemami, a w ostateczności całkowicie się od nich uwolnić.Jest to prosty, lecz żmudny proces, który prowadzi jednak, ni mniej, ni więcej, tylko do wyzwolenia za życia, ponieważ transcendentne ja jest promykiem boskości. Twoje transcendentne ja posiada tę samą naturę co Bóg (jakkolwiek byś Go pojmował), gdyż ostatecznie, u podstaw, tylko Bóg patrzy twymi oczami, słucha twymi uszami i mówi twym językiem. Jakże inaczej św. Klemens mógłby twierdzić, że kto poznał siebie, poznał Boga?Takie jest zatem przesłanie Junga, jak również świętych, mędrców i mistyków, czy to indiańskich, czy taoistycznych, hinduistycznych, islamskich, buddyjskich i chrześcijańskich: na dnie twej duszy znajduje się dusza ludzkości, dusza boska i transcendentna, wywodząca z niewoli ku wyzwoleniu, ze złudy ku przebudzeniu, z czasu ku wieczności, ze śmierci ku nieśmiertelności.
BIBLIOGRAFIA
Pasmo transpersonalne zawiera tyle aspektów i tyle różnych metod, że podzielimy je na grupy.Doskonałym wyborem pism C. G. Junga jest The Portable Jung pod redakcją Josepha Campbella (New York, 1972). Ogólne wprowadzenie do psychologii analitycznej Junga można znaleźć w WhatJung Really Said E. A. Benneta (New York, 1966). Trudniejszą lekturą jest wyśmienite zestawienie systemów Junga i Freuda: Lilliane Frey-Rohn, From Freud to Jung (New York, 1974). Gorąco polecam: Ira Progroff, At a Journal Workshop (New York, 1975), praktyczny i niezwykle skuteczny podręcznik terapii typu jungowskiego.Wykładem przełomowych badań Masłowa nad psychologią transpersonalną jest jego W stronę psychologii istnienia (Warszawa, 1986) oraz The Farther Reaches of Humań Naturę (New York, 1971). Zainteresowanym psychologią tradycyjną polecam Transpersonal Psychologies pod redakcją C. Tarta (New York, 1975). Z obszernych antologii warto wymienić: J. White, The Highest State of Consciousness (New York, 1972); J. Welwood, Meeting ofthe Ways (New York, 1979); R. Walsh i F. Vaughan, Beyond Ego Psychology (Los Angeles, 1979). Frances Vaughan napisała również cenną książkę zatytułowaną Awakening Intuition (New York, 1979). Próbą uporządkowania tego materiału są moje własne prace: Spectrum of Consciousness (Wheaton, 1977) i Atman Project (Wheaton, 1980). Jeżeli jesteś psychiatrą i wolałbyś jakieś ostrożniejsze podejście, polecam S. Dean (red.), Psychiatry and Mysticism (Chicago, 1975).Rozsądną i skuteczną terapią na poziomie transpersonalnym jest psychosynteza. Obszerne wprowadzenie do tego kierunku stanowi praca Psychosynthesis (New York, 1965), autorstwa twórcy tej metody, Roberta Assagiolego. Z książki tej zaczerpnąłem przedstawiony w tym rozdziale model ćwiczenia w dezidentyfikacji. Wyniki badań nad stanami psychodelicznymi można znaleźć w pracy S. Grofa zatytułowanej Realms of the Human (New York, 1975). Nie daj się zwieść okoliczności, że praca Grofa zawiera dane dotyczące narkotycznych halucynacji. Doktor Grof należy do najwybitniejszych psychologów współczesnych, a jego książki cechuje staranna metodologia, zręczna prezentacja danych i inteligentna analiza.Transcendentna jedność religii — oraz philosophiae perennis w ogóle —jest przedmiotem pracy F. Schuona The Transcendent Unity of Religions (New York, 1975). Najlepszym przystępnym wprowadzeniem do tematu jest The Forgotten Truth Hustona Smitha (New York, 1976).Temat medytacji i sfery transpersonalnej podejmuje antologia pod redakcją J. White’a, What is Meditation?(New York, 1972). Należy jednak wspomnieć, że wiele spośród metod zawartych w paśmie transpersonalnym zmierza poprzez to pasmo ku świadomości jedynej, toteż niektóre z polecanych tu lektur mógłbym równie dobrze umieścić na końcu następnego rozdziału. W przypadku wymienionych tutaj książek można mówić o czymś w rodzaju „stacji pośredniej”: ugruntowana zostaje świadomość zawarta w paśmie transpersonalnym, od której przechodzi się (nie we wszystkich metodach) na poziom świadomości jedynej.Pasmo transpersonalne dzieli się zazwyczaj na kilka podpoziomów, z którymi związane są poszczególne rodzaje medytacji. Koncepcja czakramów i węża kundalini zawarta jest w antologii Kundalini, Evolution, and Enlightenment (New York, 1979) pod redakcją i. White’a. Subtelniejsze metody (oparte na pojęciach nada lub szabd) można znaleźć w każdej z prac Kirpala Singha.Ponieważ medytacja transcendentalna jest prosta, skuteczna i, co najważniejsze, szeroko opisana, jako wprowadzenie do medytacji na poziomie transpersonalnym polecałbym właśnie tę metodę. O innych, dalej idących rodzajach medytacji będzie mowa w ostatnim rozdziale.


Poziom Czwarty……..
Ostateczny stan świadomości……
Według Kena Wilberta……
Nie ma stworzenia ani zniszczenia; Przeznaczenia ani wolnej woli; Drogi ani dojścia; Oto ostateczna prawda……

 

Ponieważ świadomość jedyna należy do momentu bezczasowego, uobecnia się bez reszty już teraz.

A teraźniejszości nie można oczywiście osiągnąć. Nie można dotrzeć do czegoś, co już jest. A zatem, jak sugeruje Maharshi, nie ma drogi do świadomości jedynej, co obwieszcza on jako prawdę ostateczną.Wniosek ten budzi niemiłe zdziwienie, szczególnie teraz, kiedy spędziliśmy tyle czasu na badaniu praktycznych sposobów dotarcia na inne poziomy spektrum. W ostatnich kilku rozdziałach przekonaliśmy się, że istnieją pewne metody i techniki, które umożliwiają osiągnięcie dowolnego z pozostałych poziomów. Jeżeli jednak mogliśmy dotrzeć na te poziomy, to dlatego, że są częściowymi tj. mniej niż całościowymi  stanami świadomości. Różnią się od innych poziomów, toteż każdy z nich można osiągnąć kosztem wszystkich pozostałych. Posiadają mniej lub bardziej wyraźne granice, toteż można pracować nad nimi selektywnie.Na poziomie świadomości jedynej sytuacja jest jednak trochę inna, ponieważ świadomość jedyna nie jest stanem częściowym. Zawiera w sobie wszystko w stopniu skrajnym, tak jak lustro zawiera w sobie bez wyjątku wszystkie przedmioty, które odbija. Świadomość jedyna nie jest stanem różnym i odrębnym od pozostałych stanów, lecz warunkiem koniecznym i prawdziwą naturą wszystkich stanów. Gdyby była różna od któregokolwiek stanu  na przykład od twojej obecnej świadomości  oznaczałoby to, że posiada granicę, coś, co ją oddziela od twojej obecnej świadomości. Lecz świadomość jedyna nie posiada granic, nic jej od niczego nie oddziela. Oświecenie jaśnieje w tej chwili i w każdej innej.Spróbuję to wyjaśnić za pomocą prostej analogii. Różne poziomy spektrum są jak poszczególne fale oceanu  każda fala bez wątpienia różni się od wszystkich pozostałych. Fale bliżej wybrzeża są większe i potężniejsze od bardziej oddalonych. Jednak fale blisko brzegu także różnią się między sobą, dzięki czemu, pływając na desce, możesz sobie wybrać falę, która najbardziej ci odpowiada, zależnie od umiejętności i wprawy. Każdy poziom spektrum jest jak poszczególna fala, toteż możemy sobie wybrać tę z nich, która najbardziej odpowiada naszym umiejętnościom.Świadomość jedyna jest natomiast nie tyle falą, ile samą wodą. Pomiędzy wodą a falami nie istnieje żadna granica ani różnica. Woda jest w równym stopniu obecna we wszystkich falach w tym znaczeniu, że żadna fala nie jest bardziej mokra od pozostałych.Jeżeli więc szukasz samej mokrości  koniecznego warunku wszystkich fal niczego nie zyskasz, przeskakując z fali na falę. W istocie możesz wiele stracić, ponieważ dopóki w poszukiwaniu mokrości będziesz przeskakiwał z fali na falę, nigdy nie odkryjesz, że mokrość nasyca sobą falę, na której teraz jedziesz. Właśnie dlatego „nie ma drogi ani dojścia”. Analogię tę miał chyba na myśli mistrz zen Hakuin, kiedy napisał:Nie wiedząc, jak blisko jest Prawda, Ludzie szukają jej daleko wielka szkoda! Są jak ten, kto zanurzony w wodzie, Cierpi męki pragnienia.Chyba zaczynasz już rozumieć, dlaczego ściśle rzecz biorąc nie ma drogi do świadomości jedynej. Świadomość jedyna nie jest doświadczeniem, wyróżniającym się spośród innych doświadczeń, falą, wyróżniającą się spośród innych fal. Świadomość jedyna jest każdą falą teraźniejszego doświadczenia. A czyż można wejść w kontakt z teraźniejszym doświadczeniem? Prócz niego nic nie istnieje, a z pewnością nie ma drogi do czegoś, co zawsze istnieje. Nie ma drogi do mokrości, jeżeli stoisz już po ramiona w wodzie.Z wszystkich tych przyczyn prawdziwi mędrcy utrzymują, że nie istnieje droga do Absolutu, że świadomości jedynej nie można osiągnąć. Mówi Siankara, hinduista: „Jako że Jaźń jest z bramana, bramana nie można osiągnąć”. Mówi Huang Po, buddysta: „To nie puste słowa, że nie ma do czego dążyć; to prawda”. Mówi Eckhart, chrześcijanin: „Poznasz Boga bez [Jego] obrazu i bez sposobu [drogdo Niego]”. Mówi Krishnamurti, nowożytny mędrzec: „Rzeczywiste jest blisko, nie musisz go szukać, człowiek zaś, który szuka prawdy, nigdy jej nie znajdzie”.Jak to ujął Eckhart, nie istnieje żaden sposób dotarcia do ostatecznego, żadna technika lub droga, ponieważ ostateczne jest ze swej natury wszechobecne. Wydaje się, że napotykamy taką samą trudność, jak osoba przeskakująca z fali na falę w poszukiwaniu mokrości. Nie potrafimy trwać w bezruchu wystarczająco długo, aby zrozumieć naszą obecną kondycję. Stale szukając gdzie indziej, faktycznie oddalamy się od odpowiedzi w tym sensie, że jeżeli zawsze będziemy sięgać poza naszą obecną kondycję, jej znaczenie nigdy się przed nami nie otworzy. Już samo poszukiwanie, samo pragnienie uniemożliwia odkrycie. Krótko mówiąc, ciągle staramy się odsunąć od teraźniejszego doświadczenia, tymczasem właśnie w nim zawarty jest klucz do naszych poszukiwań. Tak naprawdę nie szukamy odpowiedzi, lecz od niej uciekamy.Ale czy to oznacza, że powinniśmy trwać w bezczynności? Że powinniśmy przestać się odsuwać od teraźniejszości? Że powinniśmy starać się wejść w pełen kontakt z wiecznym Teraz? Pomysł wydaje się dość rozsądny, dopóki mu się bliżej nie przyjrzymy. Nawet bezczynność nic nie daje, ponieważ jest to również działanie celowe. Jeżeli zdecydujemy się na bezczynność, będzie to tylko kolejna próba odsunięcia się od teraźniejszego doświadczenia w poszukiwaniu bardziej mokrej fali. Niezależnie od tego, co postanowimy, musimy wykonać jakiś ruch czyli od razu pozbawić się wszelkich szans powodzenia.Na tym polega wielki paradoks świadomości jedynej. Naprawdę nie można nic zrobić, żeby ją osiągnąć sądzę, że przynajmniej w teorii jest to dla ciebie jasne. A przecież wydaje się jeszcze bardziej oczywiste, że jeżeli czegoś nie zrobimy, nic się nie zmieni. Mistrz zenu Matsu powiedział bez ogródek: „W Tao nie można sobie narzucić żadnej dyscypliny. Jeżeli jakaś dyscyplina istnieje, doprowadzenie jej do końca oznacza zniszczenie Tao. Jeżeli zaś człowiek nie narzuci sobie w Tao żadnej dyscypliny, na zawsze pozostanie głupcem”.Dotknęliśmy tutaj sedna wszystkich tradycji mistycznych: szczególne w a r u n k i sprzyjają urzeczywistnieniu świadomości jedynej, lecz nie są do tego konieczne. Co więcej, warunki te nie p r o w a d z ą do świadomości jedynej, lecz są już jej u z e w n ę t r z n i e n i e m . Warunki te są formalnym, rytualnym ucieleśnieniem pierwotnego oświecenia.W buddyzmie zen istnieje piękny termin honsho-myoshu, który oznacza: „pierwotne oświecenie jest praktyką duchową”. Świadomość jedyna nie jest jakimś przyszłym stanem, do którego prowadzi jakieś działanie; to sugerowałoby bowiem, że świadomość jedyna ma początek w czasie, że nie istnieje teraz, lecz będzie istnieć jutro. Świadomość jedyna byłaby zatem stanem ściśle czasowym, z czym nie można się zgodzić, ponieważ świadomość jedyna jest wiecznie obecna.Wieczna obecność świadomości jedynej to nasze honsho, nasze pierwotne oświecenie, pierwotne nie dlatego, że zdarzyło się w jakichś pradawnych czasach, lecz dlatego, że jest początkiem i podstawą tej chwili. Oświecenie jest początkiem teraźniejszych form. Myoshu, praktyka duchowa, jest realizacją tego początku.Honsho-myoshu oznacza zatem, że prawdziwa praktyka duchowa jest zrodzona z oświecenia, a nie zmierza ku niemu. Nasza praktyka duchowa nie prowadzi do świadomości jedynej, lecz od samego początku jest z nią tożsama. Jak uważa Suzuki Roshi:Jeżeli nasza praktyka będzie tylko środkiem, służącym osiągnięciu oświecenia, w istocie nigdy nie zdołamy oświecenia osiągnąć. Oświecenie nie jest jakimś dobrym samopoczuciem czy jakimś szczególnym stanem umysłu. Stan umysłu osoby praktykującej zazen już sam w sobie jest oświeceniem. W przyjętej przez tę osobę pozycji nie ma już potrzeby rozmawiać o odpowiednim stanie umysłu. Ten stan już został osiągnięty.Niczym się to nie różni od ezoterycznej doktryny chrześcijańskiej, która mówi, że autentyczna modlitwa nie jest próbą dotarcia do Boga to Bóg modli się do samego siebie. „Niech się ukoi twoje serce; nie szukałbyś Mnie, jeślibyś Mnie już nie znalazł”. A zatem wszystko wskazuje na to, że nasza praktyka duchowa sama w sobie jest osiągnięciem celu. Cel i środek, droga i punkt dojścia, alfa i omega są jednym. W związku z tym nasuwa się jednak kolejna wątpliwość. Po co nam praktyka duchowa, jeżeli już posiadamy naturę Buddy lub pierwotne oświecenie, czy też nosimy w sercu Chrystusa? Czy to nie wszystko jedno? Rzecz w tym, że praktyka duchowa, czyli szczególne warunki, o których mówią tradycje mistyczne, jest właściwym uzewnętrznieniem świadomości jedynej. Drogocenny klejnot nie posiada żadnej ziemskiej wartości, jeżeli nie można go pokazać, czyli użyć zgodnie z jego przeznaczeniem. Analogicznie pierwotne oświecenie duchowe domaga się użycia, czyli praktyki duchowej. Chociażby się wydawało, że w naszej praktyce duchowej staramy się osiągnąć oświecenie, w istocie tylko je uzewnętrzniamy. Jeżeli na przykład zaczynamy uprawiać zazen, w głębi duszy czynimy to nie dlatego, by stać się Buddą, lecz by działać jak Budda, którym już jesteśmy. Suzuki Roshi pisze:Przekazana nam z pokolenia na pokolenie nauka Buddy pozwala zrozumieć, że kiedy rozpoczynasz praktykę zazen, bez żadnych przygotowań z twej strony istnieje w niej oświecenie. Czy praktykujesz zazen, czy nie, posiadasz naturę Buddy. Ponieważ ją posiadasz, w twej praktyce jest oświecenie. Jeżeli, posiadając naturę Buddy, praktykujemy zazen, to dlatego, że musimy również czynić jak Budda. Gdy siedzimy, praktykując zazen, to nie po to, by coś osiągnąć, lecz by uzewnętrznić naszą prawdziwą naturę. Praktyka zazen jest bezpośrednim wyrazem naszej prawdziwej natury. Ściśle biorąc, dla człowieka nie ma innej praktyki prócz tej; nie ma innego sposobu życia prócz tego.Suzuki Roshi nie chce przez to powiedzieć, że jedynym życiem jest buddyzm jako taki, lecz że jedynym życiem jest świadomość jedyna bądź „wielki umysł”. Honsho-myoshu oznacza zatem, że jedyny sposób na życie to bezustanna praktyka duchowa jako radosne i dziękczynne uzewnętrznienie pierwotnego oświecenia. Z tego punktu widzenia rzeczywiście nie ma innych sposobów na życie, alternatywą zaś są tylko liczne sposoby na cierpienie.Jeżeli zrozumieliśmy honsho-myoshu, wszystko, co czynimy, jest praktyką duchową, uzewnętrznieniem pierwotnego oświecenia. Każde nasze działanie rodzi się z pozbawionej granic wieczności i jako takie jest doskonałym, niczym nie zmąconym wyrazem Niepodzielonego. Wszystko, co robimy, staje się naszą praktyką duchową, naszą modlitwą nie tylko zazen, religijne śpiewy, sakramenty, medytacja mantryczna, recytacja sutr czy lektura Biblii. Praktyką duchową stają się wszystkie nasze czynności, od mycia naczyń po wypełnianie kwestionariusza podatkowego, i to nie w tym sensie, że myjąc naczynia, myślimy o pierwotnym oświeceniu mycie naczyń samo w sobie jest pierwotnym oświeceniem.Każdą terapię, ukierunkowaną na poziom świadomości jedynej, zaczynamy więc od narzucenia sobie dyscypliny określonej praktyki duchowej. Może to być zazen, medytacja mantryczna, uwielbienie Boga w Chrystusie, czy też specjalne procedury wizualizacyjne. Opis każdej z tych duchowych praktyk, choćby szkicowy, wymagałby osobnego rozdziału, w związku z czym czytelników nie zaznajomionych z tą tematyką odsyłam do lektur, podanych na końcu książki. Tutaj zamierzam dokonać krótkiego przeglądu doświadczeń i wewnętrznych zmian, których możesz się spodziewać, podjąwszy praktykę duchową. Zyskasz dzięki temu przynajmniej ogólne wyobrażenie na temat niektórych praktyk, co pozwoli ci ocenić, czy w twoim przypadku warto się na nie zdecydować.Każdy, kto bierze na siebie specjalne warunki praktyki duchowej, coraz wyraźniej dostrzega zdumiewający, lecz niewątpliwy fakt: nikt nie życzy sobie świadomości jedynej. W istocie nieustannie się tej świadomości opieramy, unikamy Boga, walczymy z Tao. Nie da się zaprzeczyć, że przeskakujemy z fali na falę, unikając teraźniejszej fali doświadczenia. A przecież świadomość jedyna i teraźniejszość to jedno i to samo. Opierać się teraźniejszości to opierać się świadomości jedynej. Mówiąc kategoriami teologicznymi, nieustannie opieramy się obecności Boga, który jest niczym innym jak teraźniejszością we wszystkich jej formach. Jeżeli istnieje jakiś aspekt życia, który budzi twoją niechęć, oznacza to, że opierasz się jakiemuś aspektowi świadomości jedynej. A zatem czynnie, choć w sekrecie, wypieramy się i opieramy świadomości jedynej. Zrozumienie, na czym polega ten potajemny opór, to ostateczny klucz do oświecenia.Zwróć uwagę, że nie po raz pierwszy mamy do czynienia z jakąś formą oporu. W istocie każdy poziom spektrum zawdzięcza swe istnienie jakiemuś szczególnemu rodzajowi oporu. Kiedy omawialiśmy przejście z poziomu persony na poziom ego, pierwszą rzeczą, którą napotkaliśmy, był opór wobec cienia. Z tej właśnie racji Freud, najwybitniejszy z badaczy cienia, orzekł, iż „Cała teoria psychoanalizy jest w istocie zbudowana na pojęciu oporu stawianego przez pacjenta, gdy staramy się mu uświadomić jego nieświadomość”. W naszych własnych badaniach cienia napotykaliśmy ten opór na każdym kroku. Widzieliśmy, że jednostka może stawić opór każdemu impulsowi lub informacji, która zagraża jej autowizerunkowi. Informacja ta staje się częścią cienia, jednostce zaś pozostaje w to miejsce jedynie symptom. Jednostka przenosi wtedy swój opór na cień. Walczy z symptomem lęku czy fobii, tak jak przedtem walczyła z cieniem. Co więcej, ten sam opór zostanie przeniesiony na dowolną osobę, na którą możliwa będzie projekcja cienia. Jednostka zaczyna wtedy traktować ludzi jak symptomy.W zjawisku oporu najbardziej kłopotliwe jest to, że jednostka jako persona ma najzupełniej szczere przekonanie, iż wcale się niczemu nie opiera. Jest tego zupełnie nieświadoma. Uważa, że gdyby posiadała swobodę działania, cierpienie, przygnębienie, napięcie i inne symptomy natychmiast by zniknęły. Jest to jednak prawdziwe tylko w stosunku do połowy jej osobowości, ponieważ część wyobcowana (cień) uwielbia zadawać cierpienie — drugiej połowie! A zatem jednostka bezwiednie sama sobie zadaje ból. Skoro zaś o tym nie wie, nie potrafi tego powstrzymać. Jest wytwórcą swych własnych symptomów, lecz nie chce się do tego przyznać, czyli faktycznie staje w obronie własnego cierpienia. Dopóki nie dostrzeże swego oporu wobec cienia, nie jest możliwy żaden postęp, ponieważ nadal będzie stawiała opór i podcinała korzenie swym własnym dążeniom do rozwoju.A zatem pierwszym i najtrudniejszym zadaniem terapeuty na poziomie persony jest dopomóc pacjentowi zrozumieć i przezwyciężyć opór wobec cienia. Terapeuta nie stara się pozbyć oporów, obejść ich czy zignorować. Stara się pokazać pacjentowi, w jaki sposób i dlaczego opiera się on swemu cieniowi. Kiedy pacjent przekona się „naocznie”, ponad wszelką wątpliwość, że stawia opór aspektom samego siebie — w tym kryje się cała trudność zadania terapeuty będzie w stanie ostrożnie zredukować opór i powoli zacząć dotykać swego cienia, nie zaś unikać go bądź tłumić. Gdyby natomiast pacjent próbował bezpośrednio dotrzeć do cienia, nie uświadomiwszy sobie uprzednio swych oporów, zwiększyłby tylko ich natężenie i całkowicie rzutował cień.Na przykład w psychoanalizie, która zajmuje bardzo konsekwentne stanowisko wobec cienia, stosowana jest metoda wolnych skojarzeń. Pacjent zostanie poinstruowany, by mówił wszystko, co przyjdzie mu do głowy, choćby mu się to wydawało odrażające, błahe, czy nawet głupawe. Wypowiedź pacjenta zacznie się układać w swobodny ciąg skojarzeń, wspomnień i fantazji. Jednak prędzej czy później, w zupełnie nieoczekiwanym momencie, pojawi się jakaś przeszkoda. Pacjent nagle poczuje pustkę w głowie, speszy się lub cały stężeje. Rozpoczynając wolne skojarzenia, zmniejszył natężenie oporu, poluzował nieustanną cenzurę swych myśli, toteż wystarczyło kilka minut w tej swobodnej atmosferze, aby jakiś impuls lub wyobrażenie, wcześniej trzymane na wodzy lub tłumione, ujawniło się. Z chwilą, gdy zaczyna się wyłaniać myśl z cienia, pacjent broni się, zatrzymuje swobodny strumień skojarzeń i czuje pustkę w głowie.Terapeuta zwróci mu na to uwagę. Nie postawi mu przed oczyma myśli z cienia, lecz zacznie analizować uczucia oporu, jakich pacjent doznaje wobec pewnych swych myśli. Dogłębnie analizując opór we wszystkich jego formach, terapeuta pomoże pacjentowi odzyskać swobodę poruszania się w całej przestrzeni jego myśli, przeszłych, przyszłych i teraźniejszych, bez żadnego oporu. Koniec końców pacjent przestanie stawiać opór swym impulsom i wyobrażeniom, swemu cieniowi, a zatem uzyska bardziej adekwatny i akceptowalny obraz samego siebie.Taki był pierwszy rodzaj oporu, który napotkaliśmy w naszych rozważaniach. Persona stawia opór cieniowi, uniemożliwiając odkrycie i krystalizację adekwatnego ego. Przechodząc na kolejny poziom spektrum, znajdujemy opór przejawiany z kolei przez ego. Ego stawia opór przytomności centaura. Częściową przyczyną tego oporu jest niemożność dłuższego skoncentrowania świadomości (czy też przytomności) na chwili teraźniejszej. Ponieważ świadomość centaura jest ugruntowana w przemijającej teraźniejszości, opór ego wobec centaura jest oporem wobec bezpośredniego tu i teraz.Ponieważ myślenie funkcjonuje w czasie, oglądając się w przeszłość i domagając się przyszłości, samo z siebie stawia opór centaurowi. W terapiach na poziomie ego pracuje się nad oporami, zachodzącymi w obrębie i wobec procesów myślowych. W terapiach na poziomie centaura oporem jest samo myślenie. Z głębokiej perspektywy centaura nawet technika terapeutyczna stosowana na poziomie ego postrzegana jest jako opór. Z tej właśnie racji Fritz Perls, terapeuta centauryczny w pełnym tego słowa znaczeniu, stwierdził: „Ponieważ za osiowy objaw zaburzeń nerwowych uważa się unikanie [opór], zastąpiłem metodę wolnych skojarzeń czy gonitwy myśli przeciwieństwem unikania, czyli koncentracją”. Koncentracją na czym? Wyłącznie na bezpośredniej teraźniejszości obecnej we wszystkich formach oraz świadomości psychofizycznej, w której teraźniejszość się przejawia. Perls wkrótce zarzucił nieco mylący termin „koncentracja” i zastąpił go „świadomością tu i teraz”. Jego zdaniem źródłem większości patologii jest unikanie, czy też opór wobec centaurycznego tu i teraz.A zatem w terapiach centaurycznych, takich jak psychologia postaci, pacjentowi nie każe się „puścić w ruch myśli”, lecz raczej wyciszyć „umysłowe szumy”, aby skupić świadomość na bezpośrednim tu i teraz. Terapeuta nie będzie tropił blokad w obrębie myślenia, lecz ucieczkę w myślenie od teraźniejszej świadomości. Terapeuta będzie zwracał uwagę pacjenta na opór lub unikanie tu i teraz, dopóki ten nie zrozumie, w jaki sposób ucieka z centaura w ego. W terapii na poziomie ego pacjent jest zachęcany do analizy swej przeszłości, na poziomie zaś centaura mu się to uniemożliwia. W każdym poszczególnym przypadku działa inny rodzaj oporu, toteż powstało wiele różnych technik, służących do jego likwidacji każda z tych technik jest właściwa i skuteczna na swoim poziomie.Zaczynamy więc dostrzegać, że każdy poziom spektrum odznacza się, między innymi, specyficznym rodzajem oporu lub unikania. Na poziomie persony opieraliśmy się zjednoczeniu z cieniem. Na poziomie ego stawialiśmy opór jedności z centaurem. I wreszcie, jak się za chwilę przekonamy, na poziomie centaura, jak również w pasmach transpersonalnych, napotykamy ostateczny i przedwieczny opór  wobec świadomości jedynej.Jak widzieliśmy, każdy typ oporu prowadzi do tego, że jednostka postrzega pewne aspekty siebie jako zewnętrzne wobec swego ja. Jako obcy przedmiot jawił się cień. Jako obcy przedmiot jawiło się ciało. Analogicznie najbardziej podstawowy opór u samego dołu spektrum również powoduje, że jednostka postrzega pewne aspekty siebie jako obce. Jednak na tym poziomie na zbiór tych zewnętrznych przedmiotów składa się, ni mniej, ni więcej, tylko całe otoczenie (przyziemne czy wzniosłe, osobiste czy transpersonalne). Drzewa, gwiazdy, słońce i księżyc te „przedmioty z otoczenia” są w równym stopniu cząstką naszego prawdziwego ja, w jakim cień jest cząstką ego, a ciało jest cząstką centaura.Ten prymarny opór (primal resistance) jest źródłem tego, co nazywamy zazwyczaj postrzeganiem, to jest postrzegamy wszelkie rodzaje przedmiotów tak, jakby były od nas odrębne. Stawiamy opór, wręcz walczymy ze świadomością jedności z tymi wszystkimi postrzeganymi przedmiotami, tak jak kiedyś walczyliśmy przeciwko jedności z cieniem czy centaurem. Mówiąc krótko, walczymy ze świadomością jedyną.Sprowadza nas to znów do naszej naczelnej tezy: poprzez właściwą praktykę duchową zaczynamy poznawać sposób, w jaki stawiamy opór świadomości jedynej. Praktyka duchowa wydobywa prymarny opór na powierzchnię naszej świadomości. Zaczynamy dostrzegać, że tak naprawdę nie chcemy świadomości jedynej, że ciągle jej unikamy. Jest to jednak kluczowe poznanie, tak jak kluczowe było zrozumienie natury naszych oporów na każdym innym poziomie. Dostrzec nasz opór wobec świadomości jedynej to po raz pierwszy zyskać możliwość podjęcia walki z tym oporem i ostatecznego usunięcia potajemnej przeszkody na drodze ku wyzwoleniu.W jaki sposób specjalne warunki praktyki duchowej ujawniają nam nasz opór wobec świadomości jedynej? Co w nich takiego specjalnego? Dlaczego z niezmiernej liczby czynności, które podejmujemy, sprawdzają się (jeżeli wolno postawić sprawę tak pragmatycznie) akurat te, które nazywamy duchowymi? Co jest takiego wyjątkowego w zazenie, głębokiej kontemplacji czy uwielbieniu Boga? Dlaczego praktyki te są skuteczne? Jeżeli zaczniemy to rozumieć, poczynimy wielki krok ku rozszyfrowaniu paradoksu wielkiego wyzwolenia.Przede wszystkim zwróć uwagę, że nie po raz pierwszy spotykamy się ze specjalnymi warunkami. Podobnie jak w przypadku oporu, występowały już wielokrotnie pod różnymi nazwami. W trzech ostatnich rozdziałach widzieliśmy, że terapie każdego poziomu narzucają jednostce specjalne warunki. W każdej terapii obowiązują szczególne praktyki i specjalne techniki, do których jednostka dążąca do rozwoju musi się zastosować. Bez specjalnych warunków żaden postęp nie byłby możliwy. Warunki te są bez wątpienia na każdym poziomie inne. Spytajmy jednak, co je takiego łączy, że odnoszą skutek? Innymi słowy, dlaczego którekolwiek ze specjalnych warunków się sprawdzają?Wydaje się, że odpowiedź brzmi następująco: każdy typ specjalnych warunków znosi określony typ oporu. Kilka krótkich przykładów posłuży wyjaśnieniu tej kwestii. Właśnie zauważyliśmy, że psychoanaliza, która pomaga przejść z poziomu persony na poziom ego, stosuje specjalne warunki wolnych skojarzeń. Ego nie ma z wolnymi skojarzeniami żadnych trudności, ponieważ niewiele jest myśli czy pragnień, których zdrowe ego nie potrafi do siebie przypuścić. Tymczasem dla persony wolne skojarzenia są czymś niezwykle uciążliwym, ponieważ z chwilą poluzowania nieustannej cenzury wyłania się cała rzesza nie chcianych i nieakceptowalnych myśli. Proces wolnych skojarzeń odbywa się więc w najlepszym razie skokowo. Terapeuta wyuczony jest rozpoznawania w tych blokadach sygnałów oporu i zwracania na nie uwagi pacjenta. Ponieważ pacjent jest sterowany ku przyjęciu specjalnych warunków, jego opory szybko wychodzą na jaw. Co więcej, ponieważ wolne skojarzenia, czyli specjalne warunki, trwają przez dłuższy czas, opory pacjenta zostają powoli zniesione. Nie można jednocześnie stawiać oporu i uprawiać wolnych skojarzeń. Z chwilą, gdy jednostka jest w stanie bez trudności zachować specjalne warunki swobodnej gry skojarzeń, dochodzi do znacznych postępów w terapii.Ten sam czynnik funkcjonuje w specjalnych warunkach terapii na poziomie centaura. Pacjent zostaje na przykład poinstruowany, aby zarzucił wszelkie myśli na temat przeszłości i przyszłości, lecz skoncentrował całą swą przytomność na bezpośrednim tu i teraz, nunc fluens, teraźniejszości przemijającej. Na tym właśnie polegają specjalne warunki terapii centaurycznej. Całość organizmu potrafi je stosunkowo łatwo osiągnąć, w przeciwieństwie do choćby najzdrowszego ego, ponieważ ego rozkwita w czasie, dzięki nieustannym spojrzeniom ku przyszłości i przeszłości, w świetle zaś świadomości teraźniejszej więdnie. Ego stawia przeto opór przemijającej teraźniejszości  walczy ze specjalnymi warunkami terapii centaurycznej, stale ucieka w myśli o przeszłości i przyszłości. Terapeuta, jak zawsze łagodnie, wymusza specjalne warunki, znosząc opory tego poziomu, czyli odsuwanie się pacjenta od bezpośredniej, przemijającej teraźniejszości. Bez tych warunków pacjent przypuszczalnie nigdy by się nie dowiedział, że stawia opór.A zatem specjalne warunki (na każdym poziomie) obnażają opory, a jednocześnie je znoszą. Ściśle rzecz biorąc, obnażają opory p o p r z e z ich zniesienie. Gdyby twoje opory nie zostały zniesione, przypuszczalnie nawet byś nie podejrzewał ich istnienia. Działałyby nadal w tajemnicy przed tobą, podcinając korzenie wzrostu. Co więcej, poprzez zniesienie oporów specjalne warunki pozwalają ci osiągnąć głębszy stan przyzwolenia (no-resistance). Specjalne warunki każdego poziomu określają w istocie to, co jednostka może osiągnąć w najgłębszym paśmie kolejnego poziomu, tj. specjalne warunki terapeutyczne każdego poziomu stanowią jedną lub więcej cech wyróżniających poziomu o szczebel niższego. Przyjmując cechy wyróżniające głębszego poziomu jako specjalne warunki twej obecnej praktyki, obnażasz, a zarazem znosisz swój opór wobec głębszego poziomu, automatycznie nań przeskakując.Możemy teraz powrócić do prymarnego oporu, który obnażają i likwidują specjalne warunki wszystkich autentycznych praktyk duchowych. Musimy się zająć właśnie oporem wobec świadomości jedynej, a nie samą tą świadomością, ponieważ zanim się nie przekonasz, w jaki sposób stawiasz opór świadomości jedynej, twe wysiłki, by ją osiągnąć, spełzną na niczym. Cel, który będziesz się starał osiągnąć, będzie bowiem tożsamy z przedmiotem twego oporu. Wszyscy bezwiednie stawiamy opór świadomości jedynej, wytwarzamy w sobie symptomy nieoświecenia, tak jak poprzednio wytwarzaliśmy wszelkie inne symptomy na pozostałych poziomach spektrum. W głębi duszy skutecznie zapobiegamy temu, czego z pozoru gorąco sobie życzymy. Opór ten przedstawia sobą rzeczywistą trudność. Nie będziemy więc starać się zbliżyć ku świadomości jedynej, lecz spróbujemy tylko zrozumieć, w jaki sposób zawsze się od niej oddalamy. Samo to zrozumienie pozwoli nam być może na mgnienie oka zaznać świadomości jedynej, co widzi bowiem opór, samo przyzwala.Prymarny opór, podobnie jak wszystkie inne opory na każdym poziomie spektrum, nie jest ani czynnością świadomą, ani też procesem, który działa lub działał na ciebie od zewnątrz. Prymarny opór jest obecną czynnością, która zachodzi w tobie samym, choć nie zdajesz sobie z tego sprawy. Czynność ta blokuje świadomość jedyną. Upraszczając, jest to ogólna niechęć do spojrzenia na wszechświat, tak jak on teraz wygląda. Mówiąc konkretnie, w chwili teraźniejszej istnieje coś, na co nie chcesz spojrzeć. Nie chodzi tu ani o jakieś szczególne teraźniejsze doświadczenie, któremu stawiasz opór, ani też o jakiś określony i oczywisty aspekt teraźniejszości, lecz o całościową teraźniejszość we wszystkich jej wymiarach. Jak się przekonamy, nie chodzi tu o opór wobec teraźniejszości przemijającej, nunc fluens z poziomu centaura, lecz o opór wobec teraźniejszości wiecznej, nunc stans, czyli świadomości jedynej.Ze względu na swą globalną naturę opór ten nie daje się wyraźnie postrzec czy pomyśleć. Jest czymś bardzo subtelnym. Z przypadkami gwałtownego, drastycznego oporu mamy do czynienia na wyższych poziomach, lecz prymarny opór jest subtelny i rozproszony. Większość z nas może go jednak intuicyjnie doznawać. Po prostu z jakiejś przyczyny nie chcemy bez reszty zaakceptować całościowego stanu teraźniejszego  istnieje maleńkie wewnętrzne napięcie, które zdaje się nas odsuwać od całościowej teraźniejszości. Nie pozwalamy zatem, by nasza świadomość oparła się na wszystkim, co jest, na wszystkim, co jest teraz. Odwracamy wzrok.Reasumując, istnieje ogólna niechęć do całościowego spojrzenia na wszystko, co jest, tak jak ono teraz wygląda. Odwracamy wzrok, kierujemy świadomość w stronę przeciwną od tego, co jest, unikamy teraźniejszości we wszystkich jej formach. Ponieważ jesteśmy od teraźniejszości odwróceni, każde, choćby najdrobniejsze poruszenie oddala nas od niej. Cały ten subtelny opór powoduje, że nie dopuszczamy do siebie świadomości jedynej i tracimy naszą prawdziwą naturę.Utrata świadomości jedynej wtrąca nas w podzielony świat granic, przestrzeni, czasu, cierpienia i śmiertelności. Lecz kiedy poruszamy się w świecie granic i bitew, powoduje nami jedno podstawowe pragnienie: odzyskać świadomość jedyną, ponownie odkryć terytorium nie podzielone. Wszelkie nasze pragnienia, życzenia, intencje i nadzieje są koniec końców tylko zastępczymi gratyfikacjami, kompensującymi brak świadomości jedynej ponieważ dają nam tylko połowiczne zaspokojenie, niosą ze sobą również niespełnienie.Choć więc jedyną rzeczą, jakiej naprawdę pragnie człowiek, jest świadomość nie podzielona, jego życie polega wyłącznie na stawianiu tej świadomości oporu. Stale się rozglądamy za świadomością jedyną, lecz w sposób, który uniemożliwia jej odkrycie: szukamy świadomości jedynej, odsuwając się od teraźniejszości. Uznaliśmy, że teraźniejszości czegoś jednak brakuje, nie do końca nam odpowiada, toteż nie chcemy bez reszty się w niej zanurzyć, lecz oddalamy się od niej ku jakiejś innej, rzekomo lepszej teraźniejszości. Inaczej mówiąc, zaczynamy przeskakiwać z fali na falę. Zaczynamy się poruszać w przestrzeni i czasie, aby zdobyć dla siebie falę najdoskonalszą, falę, która nareszcie ugasi nasze pragnienie, nareszcie da nam mokrość. Szukając mokrości w każdej kolejnej fali doświadczenia, nie znajdujemy jej w fali obecnej. Ciągle szukać to ciągle nie znajdywać.Problem polega na tym, że aby stawić opór fali teraźniejszego doświadczenia, musimy się od niej odseparować, odsunąć, stać czymś od niej odrębnym. Nieustannie starając się oddalić od teraźniejszości, nieustannie utwierdzamy się w złudzeniu, że tkwimy poza nią. Próbując się odsunąć od teraźniejszego świata, odnosisz wrażenie, że jesteś od tego świata odrębny. Właśnie w ten sposób powstaje pierwotna granica pomiędzy jaźnią a światem. Z tej racji powiedzieliśmy wcześniej, że postrzeganie obiektywnego świata zewnętrznego stanowi opór wobec teraźniejszego doświadczenia, a zarazem oddzielenie od niego.Odsunąć się od teraźniejszości to oddzielić się od świadomości jedynej i rozpocząć wędrówkę w górę spektrum. Ta pierwsza przyczyna, o której wspominaliśmy tak tajemniczo w rozdziale VI, to nic innego jak odsuwanie się, którego rezultatem jest pierwotna granica. Dlatego napisaliśmy: „Pierwotna granica, ta nieprzerwanie aktywna pierwsza przyczyna, jest naszym dziełem w tej właśnie chwili”. Odwracanie wzroku i odsuwanie się. Z chwilą, gdy stawiamy opór jedynemu światu teraźniejszego doświadczenia, automatycznie dokonujemy podziału tego świata. Dzielimy go na doświadczenie wewnętrzne, w którym jesteśmy podmiotem widzącym, odczuwającym i działającym, oraz doświadczenie zewnętrzne, które jest przedmiotem widzenia, odczuwania i działania.Świat rozpada się na dwie części: pomiędzy tobą, doświadczającym, a tym, co doświadczane, powstaje granica, złudna granica. Rozpoczęła się wspinaczka w górę spektrum; rozgorzała wojna przeciwieństw.Nasz świat jest pęknięty jeszcze w innym podstawowym sensie. Stałe odsuwanie się od teraźniejszości sugeruje, że istnieje przyszłość, która przyjmie w siebie ten ruch. Odsuwamy się, ponieważ sądzimy, że istnieje inny czas, do którego możemy się przenieść. Odsuwać się od teraźniejszości to poruszać się w czasie a ściślej rzecz biorąc, stwarzać czas. Odsuwając się bowiem, a raczej starając odsunąć od bezczasowego teraźniejszego doświadczenia, wytwarzamy iluzję, że doświadczenie porusza się do tyłu. Stawiając opór wiecznej i całościowej teraźniejszości, zamieniamy ją w teraźniejszość przemijającą. Doświadczenia zdają się wtedy uciekać do tyłu, jedno po drugim, lecz tylko dlatego, że my biegniemy obok nich do przodu. (Jak się wcześniej przekonaliśmy, ten bieg to nic innego jak strach przed śmiercią, strach przed końcem przyszłości, strach przed niemożnością odsunięcia się od teraźniejszości).Gdy się tak staramy odsunąć od teraźniejszego świata, ten z kolei sprawia wrażenie, jakby się wobec nas poruszał. Wieczna teraźniejszość jawi się więc jako ograniczona, spętana, obwarowana. Zostaje wtłoczona pomiędzy wszystkie doświadczenia, które mijamy w biegu, oraz wszystkie przyszłe chwile, do których dążymy. Odsuwać się od teraźniejszości to stworzyć jakieś przedtem i jakieś potem, to stworzyć punkt wyjścia w przeszłości i punkt docelowy w przyszłości. Nasza teraźniejszość zostaje zredukowana do ruchu, ucieczki. Nasze chwile przemijają.Odsuwając się od teraźniejszego doświadczenia, ze wszystkich stron się od niego odgradzamy, rzutujemy się natomiast w czas, historię, przeznaczenie i śmierć. Na tym polega nasz prymarny opór nie chcemy spojrzeć na doświadczenie jako całość, tak jak ono się w tej chwili przedstawia, lecz próbujemy globalnie się odsunąć. Specjalne warunki praktyki duchowej obnażają ten opór, a następnie go znoszą. Gdy jednostka bierze na siebie warunki, zaczyna sobie zdawać sprawę, że nieustannie się odsuwa od globalnej teraźniejszości. Dostrzega, że poprzez ten ruch stawia opór i pozbawia się dostępu do świadomości jedynej czy też woli Boga, strumienia Tao, miłości Guru lub pierwotnego oświecenia. Jakkolwiek by ją nazywała, stawia opór teraźniejszości. Odwraca wzrok. Odsuwa się. Dlatego cierpi.A jednak, w pewnym sensie, czyni postępy. Powoli dostrzega swój prymarny opór, który zaczyna kruszeć. Jak we wszystkich innych terapiach, jest to okres „miesiąca miodowego”. Człowiek jest stosunkowo szczęśliwy; praktyka daje mu poczucie bezpieczeństwa; zaświtała mu nadzieja na wyzwolenie. Być może dotrze nawet do stadium transpersonalnego obserwatora (omówionego w poprzednim rozdziale). Ponieważ powoli dostrzega swój prymarny opór, zaczyna rozumieć swego wroga. Wie, co należy zniszczyć. Musi zaprzestać tego ciągłego odsuwania się.Prowadzi to do katastrofy. Miesiąc miodowy gwałtownie się urywa. No bo w jaki sposób człowiek ma zatrzymać odsuwanie się? Dostrzega na przykład, że w danej chwili usiłuje się odsunąć od teraz. Postanawia więc zatrzymać ten ruch od teraźniejszości. Jednak ów akt zatrzymania sam w sobie jest również ruchem. Próba zatrzymania ruchu to kolejny ruch. Wymaga przyszłej chwili, w której zatrzymanie dojdzie do skutku. Zamiast zatrzymać odsuwanie, odsuwa się od odsuwania. Silny opór zastąpił tym samym oporem, tyle że subtelniejszym.Przyjrzyjmy się z kolei nieco innej metodzie: można próbować znieść swój opór wobec teraz, skupiając całą świadomość na tej wiecznej teraźniejszości, takiej, jaka jest. Jednak próba skupienia świadomości na tej teraźniejszości wymaga przyszłej teraźniejszości, w której skupienie dojdzie do skutku. Nadal więc odsuwa się od teraz, choć dąży się do czegoś przeciwnego. Jedyna bowiem teraźniejszość, którą można uchwycić to teraźniejszość przemijająca i taka jest właśnie technika terapeutyczna na poziomie centaura. Jednak na najgłębszym poziomie, na poziomie świadomości jedynej, interesuje nas teraźniejszość wieczna, nie przemijająca, a próba uchwycenia czy znalezienia wiecznej teraźniejszości prowadzi tylko do znalezienia serii teraźniejszości przemijających. Skoncentrować się na teraźniejszości przemijającej to stawić opór wieczności, koncentracja na teraźniejszości przemijającej wymaga bowiem serii szybkich uchwyceń w czasie co jest nieodzowne na poziomie centaura, lecz niedorzeczne na poziomie świadomości jedynej. Teraźniejszość wieczna bowiem to chwila, która istnieje, zanim spróbujesz ją uchwycić. Teraźniejszość wieczna to coś, co poznajesz i postrzegasz, zanim potrafisz postrzegać cokolwiek innego. Teraźniejszość wieczna to coś, czym jesteś, zanim stajesz się czymkolwiek innym. Próba jej uchwycenia wymaga ruchu; próba jej nieuchwycenia również wymaga ruchu. Tak czy owak próba jest chybiona.W tym stadium poszukujący czuje, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Każdy jego manewr jest błędny. Do zniesienia oporu potrzebny jest opór. Do znalezienia bezczasowego teraz potrzebny jest ułamek sekundy. Do zaprzestania ruchu, oddalającego od teraźniejszości, potrzebny jest ruch. Zaczyna mu więc świtać, że wszystko, co czyni, stanowi formę oporu. Nie jest tak, że czasem stawia opór, a czasem nie — dopóki uznaje czas i jest siebie świadom jako odrębnej jaźni, wszystko jest oporem i odsuwaniem się, łącznie z jego wyrafinowanymi strategiami zniesienia oporu i zaprzestania ruchu.Na każdym z wyższych poziomów spektrum istniało jakieś działanie, które według kryteriów tego poziomu nie stanowiło oporu. Na przykład wolne skojarzenia na poziomie ego i skupienie świadomości na teraźniejszości przemijającej na poziomie centaura nie były oporem, przynajmniej w rozumieniu tych terapii. We wszystkich tych przypadkach można było zatem dokonać wyboru: stawiać opór bądź nie stawiać oporu.Istniała alternatywa. Po jednej stronie stała jaźń (persona, ego, centaur lub ja transpersonalne), po drugiej zaś opór.Lecz tutaj, u korzeni spektrum, żadna alternatywa nie istnieje. Na każdym wyższym poziomie terapia polegała na przezwyciężeniu gwałtownego oporu poprzez wzmocnienie oporu subtelniejszego. Tu jednak nie istnieje subtelniejszy opór. Człowiek nie ma już alternatywy wobec oporu, wszystko bowiem, co czyni, jest oporem. Przepędził opór aż po kres spektrum, toteż tutaj opór zawiera go w sobie. Trzymając się zaś metafory ruchu, ponieważ świadomość jedyna stanowi centrum wszechświata, a zarazem znajduje się wszędzie, każdy nasz ruch jest ruchem odśrodkowym.Ma to swoją konkretną przyczynę, którą człowiek zaczyna intuicyjnie pojmować. Jego odrębne ja zdaje się zawsze stawiać opór, ponieważ poczucie odrębnego ja i poczucie oporu to jedno i to samo. Wewnętrzne wrażenie bycia odrębnym ja to nic innego jak wrażenie odsuwania się, stawiania oporu, zawężania, stawiania się na zewnątrz, odwracania wzroku, dzielenia. Kiedy odczuwasz siebie, nie odczuwasz nic ponadto.Z tej właśnie przyczyny każda próba, którą podejmował poszukujący zarówno uczynienia czegoś, jak i zaniechania czynu  tylko przysparzała oporu. Wszystko, co robił, było błędem, ponieważ robił to on. Jego ja jest oporem, a zatem nie mógł zaprzestać oporu.W tym stadium perspektywy są rzeczywiście dość ponure. Osoba ludzka zaczyna przypominać sidła zastawione na samą siebie. W duszy lęgnie się mrok, światło świadomości zaś skupia się w sobie i znika, nie pozostawiając ani śladu. Wszystko wydaje się stracone, i w pewnym sensie wszystko jest stracone. Mrok wypiera mrok, pustka rodzi pustkę, trwa północ. Ale, jak powiedział Zenrin:O zmroku kogut obwieszcza świt;O północy  jasne słońce.Z przyczyn, które wkrótce wyjaśnimy, w tym punkcie, w którym wszystko sprzysięga się przeciwko nam, sytuacja samoczynnie się prostuje. Kiedy człowiek prawdziwie rozumie, że każdy jego ruch jest ruchem odśrodkowym, oporem, wtedy cała maszyneria oporu staje w miejscu. Kiedy dostrzega opór w każdym swoim ruchu, opór zupełnie samoczynnie zanika. Z kolei zanik oporu to otwarcie się na świadomość jedyną, urzeczywistnienie świadomości nie podzielonej. Człowiek doznaje przebudzenia jakby z długiego, zamglonego snu, by ujrzeć to, co zawsze wiedział: że nie istnieje jako odrębna jaźń. Jego prawdziwe ja, Całość, nigdy się nie narodziło, nigdy nie umrze. Istnieje tylko Świadomość Jako Taka, wszechkierunkowa, absolutna i wszechprzenikająca, promieniująca z wszelkiej rzeczywistości, źródło takości wszystkiego, co powstaje z chwili na chwilę, uprzednia wobec świata, lecz z tym światem tożsama. Wszystko, co jest, to tylko zmarszczka na tym stawie; wszystko, co powstaje, to skinienie dłoni Niepodzielonego.Przekonaliśmy się zatem, że specjalne warunki praktyki duchowej ukazują jednostce wszystkie jej opory, równocześnie znosząc je u samych korzeni. Warunki ukazują nam, że przeskakujemy z fali na falę, po czym nam to uniemożliwiają. Punkt zwrotny przychodzi z chwilą, gdy człowiek zrozumie, że wszystko, co robi, to tylko skakanie z fali na falę, opór, oddalanie się od teraz w poszukiwaniu bardziej mokrych fal. Czy człowiek sobie z tego zdaje sprawę, czy też nie, praktyka duchowa obraca się wokół tej pierwszej osi.Dopóki bowiem człowiek nie zrozumie, że absolutnie wszystko, co robi, jest oporem, siłą bezwładu nadal będzie się odsuwał, chwytał, szukał, tracąc wszelką możliwość odkrycia. Będzie się odsuwał, nie zdając sobie z tego sprawy. Jeżeli nie zrozumie, że wszystkie jego działania są formą oporu, będzie nadal sądził, że istnieje jakiś ruch, który go doprowadzi do świadomości jedynej. Będzie sądził, że istnieje jakiś wybór, jakaś alternatywa, jakaś możliwość, jakieś wyjście. Wykona więc kolejny ruch  zawsze odśrodkowy  odgradzając się od świadomości jedynej murem, którego przedtem nie było. Nie może „dostać” świadomości jedynej, ponieważ sobie tego życzy.Wszakże z chwilą, gdy zrozumie, że wszystko, co czyni, jest oporem, odwracaniem wzroku, odsuwaniem się, nie będzie miał wyboru jak tylko się poddać. Nie może jednak usiłować to zrobić, ani też usiłować tego nie robić! Już się przekonaliśmy, że to bezskuteczne, ponieważ obie próby są ruchami odśrodkowymi. Stanie się to samo z siebie, spontanicznie, z chwilą gdy człowiek zrozumie, że bezskuteczne jest zarówno usiłowanie, jak i zaniechanie, ponieważ świadomość jedyna już jest faktem. Zrozumienie oporu jest zniesieniem oporu, uznaniem uprzedniej jedności.Wraz z prymarnym oporem zniesiona zostaje odrębna jaźń. Bo nie jest tak, że ty, po jednej stronie, widzisz swoje odsuwanie się, po drugiej stronie. Od tego może się zacząć: ty jako odrębna jaźń widzisz opór jako swoje działanie. Gdy jednak zobaczysz, że wszystko, co robisz, jest oporem, zaczynasz dostrzegać, że nawet twoje poczucie bycia odrębnym ja jest formą oporu. Kiedy odczuwasz siebie, odczuwasz tylko mikroskopijne wewnętrzne napięcie, subtelne skurczenie, subtelny ruch odśrodkowy. Odczucie swego ja i odczucie ruchu odśrodkowego to jedno i to samo. Lecz z chwilą, gdy stanie się to oczywiste, nie ma już dwóch różnych odczuć, nie ma już doświadczającego i doświadczenia, lecz tylko jedno, nie podzielone, wszechogarniające odczucie  odczucie oporu. Nie odczuwasz już oporu  jesteś oporem. Odczucie ja zagęszcza się w odczucie oporu, po czym oba zanikają.Przeto wraz z zanikaniem prymarnego oporu zanika także twoje oddzielenie od świata. Samoistnie przychodzi bezwarunkowa i zupełna kapitulacja oporu  niechęci, by spojrzeć na teraźniejszość we wszystkich jej formach  a zarazem całkowite zniesienie pierwotnej granicy, którą ustanowiłeś pomiędzy tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne. Kiedy przestajesz stawiać opór teraźniejszemu doświadczeniu, nie posiadasz już motywacji, by się od niego izolować. Świat i jaźń powracają jako jedno, nie podzielone doświadczenie. Nie przeskakujemy już z fali na falę, jest bowiem tylko jedna fala, wszechobecna. Co więcej, kiedy przestajemy się odsuwać od doświadczenia, nie sprawia już ono wrażenia, jakoby uciekało do tyłu. Przestać stawiać opór teraźniejszości to ujrzeć, że nie istnieje nic prócz teraźniejszości  teraźniejszości, która nie ma początku ani końca, której nic nie poprzedza i po której nic nie następuje. Kiedy wspominana przeszłość i oczekiwana przyszłość widziane są jako fakty teraźniejsze, kanapka z cienkim plasterkiem szynki zamienia się w jeden wielki bochen chleba. Granice wokół tej chwili zapadają się w nią  nie istnieje nic prócz tej chwili, poza nią nie ma dokąd pójść. Starożytny mistrz zen powiedział:Moje dawne jaZe swej natury nie istniało;Nie miało gdzie pójść po śmierci,Było niczym.Staje się przeto oczywiste, dlaczego poszukiwania świadomości jedynej kończyły się tak niepomyślnie. Wszelkie próby były błędne, ponieważ żadne próby nie były potrzebne. Nawet to, co jawiło się jako prymarny opór wobec Bramana, było w istocie poruszeniem Bramana, ponieważ prócz Bramana nic nie istnieje. Nigdy nie było i nigdy nie będzie żadnego innego czasu prócz Teraz. Co się jawiło jako pierwszy ruch od Teraz, było w istocie pierwotnym poruszeniem Teraz. Honsho-myoshu. Pierwotne oświecenie i praktyka duchowa to jedno. Wieczne Teraz i jego poruszenia to jedno.
Z praktyką hinduistyczną najlepiej zapoznać się za pośrednictwem dzieł oświeconego Sri Ramany Maharshi’ego, wydanych w kilku tomach pod redakcją Arthura Osborne’a. Szczególnie godne polecenia są The Collected Works of Ramana Maharshi (London, 1959) oraz Teachings of Ramana Maharshi (London, 1962).Buddyzm dzieli się na trzy podstawowe odłamy. Wczesny buddyzm Therawady, patrz Nyaniponika Thera, The Heart of Buddhist Meditation (London, 1972). Najlepszym wprowadzeniem do buddyzmu tybetańskiego, czyli Wajrajana, są prace Chogyam Trungpy, szczególnie Cutting Through Spiritual Materialism (Berkeley, 1973) i The Myth of Freedom (Berkeley, 1976). Znakomite artykuły pióra Tarthang Tulku można znaleźć w piśmie The Crystal Mirror. Całą serię tekstów na temat zen opublikował ośrodek Zen Center of Los Angeles — The Hazy Moon of Enlightenment, The Way of Everyday Life, To Forget the Self. Prawdziwym arcydziełem jest Zen Mind, Beginner’s Mind, którego autorem jest Suzuki Roshi (New York, 1970). Dziełem klasycznym pozostają też Trzy filary Zen Philipa Kapleau (Warszawa, 1988).Należy wspomnieć o dwóch nietradycyjnych praktykach duchowych. Krishnamurti, z którego przemyśleń często korzystaliśmy w tej książce, elokwentnie przekazuje swe poglądy w wielu pracach, z których szczególnie godne polecenia są The First and Last Freedom (Wheaton, 1954) oraz Uwagi o życiu (Wrocław, 1992). Nieprześcignione są dzieła Bubby Free Johna. Patrz The Enlightenment of the Whole Body (Middletown, 1978).Praktyki te  jak również zbliżone do nich — wydają mi się jedynymi, które są zarazem na tyle intensywne i łagodne, aby umożliwić prawdziwe zrozumienie pośród gorączki codziennego życia. Autentyczna praktyka duchowa nie jest czymś, co uprawiamy dwadzieścia minut dziennie, dwie godziny dziennie czy sześć godzin dziennie. Praktyki duchowej nie uprawiamy co rano lub raz w tygodniu w niedzielę. Praktyka duchowa nie jest jedną spośród wielu czynności życiowych człowieka, lecz podstawą wszelkich czynności życiowych, ich źródłem i uzasadnieniem. Jest przysięgą, którą składamy Transcendentnej Prawdzie, że będziemy nią żyć i oddychać dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pojąć swe prawdziwe ja to oddać się całą swą istotą realizacji tego ja we wszystkich innych istotach, zgodnie z przedwiecznym ślubowaniem: „Choć niepoliczone są istoty, ślubuję je wyzwolić; choć niepojęta jest Prawda, ślubuję ją przejawić”. Jeżeli czujesz w sobie to głębokie oddanie, poświęcenie, pragnienie, powołanie, by służyć Prawdzie i pozwolić się ogarnąć nieskończoności we wszystkich jej teraźniejszych formach, praktyka duchowa będzie dla ciebie naturalnym sposobem życia. Oby spotkała cię łaska znalezienia mistrza duchowego w tym życiu i oświecenia w chwili.

 


Ksiażaki Kena Wilberta po polsku……

– Śmiertelni nieśmiertelni. Prawdziwa opowieść o życiu, miłości, cierpieniu, umieraniu i wyzwoleniu……

– Niepodzielone. Wschodnie i zachodnie teorie rozwoju osobowości…..

– Eksplozja świadomości – Krótka historia wszystkiego.

– Jeden Smak. Przemyślenia nad integralną duchowością……

– Psychologia integralna. Świadomość, duch, psychologia, terapia……

– Integralna teoria wszystkiego. Wizja dla biznesu, polityki, nauki i duchowości……

– Małżeństwo rozumu z duszą.

– Spektrum świadomości.

– Boomeritis.

– Pasja myślenia.

 


Wydania Anglojęzyczne…..

– The Spectrum of Consciousness (Wheaton, Ill., The Theosophical Publishing House, 1977.)

– No Boundary: Eastern and Western Approaches to Personal Growth (Los Angeles, Center Publications, 1979.)- The Atman Project: A Transpersonal View of Human Development (Wheaton, Ill., The Theosophical Publishing House, 1980.)- Up from Eden: A Transpersonal View of Human Evolution (Garden City, New York, Anchor/Doubleday, 1981.)

– The Holographic Paradigm and Other Paradoxes: Exploring the Leading Edge of Science (Boulder, Shambhala. Chapters by Ken Wilber: ‚Introduction,’ ‚Physics, Mysticism, and the New Holographic Paradigm: A Critical Appraisal,’ ‚Reflections on the New Age Paradigm: A conversation with Ken Wilber’, 1982.)

– A Sociable God: A Brief Introduction to a Transcendental Sociology (New York, McGraw-Hill, 1983.)- Eye to Eye: The Quest for the New Paradigm (New York, Anchor/Doubleday, 1983.)

– Quantum Questions: Mystical Writings of the World’s Great Physicists (Boulder, Shambhala (New Science Library), 1984.)- Grace and Grit: Spirituality and Healing in the Life of Treya Killam Wilber (Boston, Shambhala, 1991.)

– Sex, Ecology, Spirituality: The Spirit of Evolution (Boston, Shambhala (Kosmos-trilogy, vol. 1), 1995.)- A Brief History of Everything (Boston, Shambhala, 1996.)

– The Eye of Spirit: An Integral Vision for a World Gone Slightly Mad (Boston, Shambhala, 1997.)- The Marriage of Sense and Soul: Integrating Science and Religion (New York, Random House, 1998.)

– One Taste: The Journals of Ken Wilber (Boston, Shambhala, 1999.)- The Collected Works of Ken Wilber, vol. I (The Spectrum of Consciousness / No Boundary / Selected Essays, Boston, Shambhala, 1999.)

– The Collected Works of Ken Wilber, vol. II (The Atman Project / Up from Eden, Boston, Shambhala, 1999.)

– The Collected Works of Ken Wilber, vol. III (A Sociable God / Eye to Eye, Boston, Shambhala, 1999.)

– The Collected Works of Ken Wilber, vol. IV (Transformations of Consciousness / Integral Psychology / Selected Essays, Boston, Shambhala, 1999.)- The Collected Works of Ken Wilber, vol. V (Grace and Grit, Boston, Shambhala, 2000.)

– The Collected Works of Ken Wilber, vol. VI (Sex, Ecology, Spirituality (2nd edition), Shambhala, 2000.)- The Collected Works of Ken Wilber, vol. VII (A Brief History of Everything / The Eye of Spirit, Boston, Shambhala, 2000.)

– The Collected Works of Ken Wilber, vol. VIII (The Marriage of Sense and Soul / One Taste, Boston, Shambhala, 2000.)

– Integral Psychology: Consciousness, Spirit, Psychology, Therapy (Boston, Shambhala (also part of volume IV of the Collected Works), 2000.)

– A Theory of Everything: An Integral Vision for Business, Politics, Science and Spirituality (Boston, Shambhala, 2000.)- Boomeritis (2002.)

– The Simple Feeling of Being: Visionary, Spiritual, and Poetic Writings (Shambhala, 2004.)

– Integral Spirituality: A Startling New Role for Religion in the Modern and Postmodern World (Boston, Shambhala, 2006.)

– The Many Faces of Terrorism (Boston, Shambhala, 2007.)- The Collected Works of Ken Wilber, vol. IX (Boomeritis/Sidebars/Endnotes, Boston, Shambhala, 2007.)- The Collected Works of Ken Wilber, vol. X (A Theory of Everything/Essays/Interviews/Forewords, Boston, Shambhala, 2007.)

– The Collected Works of Ken Wilber, vol. XI (Kosmic Karma and Creativity, Boston, Shambhala, 2007.)

– The Integral Vision: A Very Short Introduction to the Revolutionary Integral Approach to Life, God, the Universe, and Everything (Boston, Shambhala, 2007.)

 


 

Przeczytanie, rozważanie i analizowanie wyżej umieszczonego tekstu jest ważnym elementem odkrywania siebie i nie powinno być ograniczane dlatego pozwoliłem sobie go umiescić. 

Zredagował……

Marek Kopacz